Super Maraton Gór Stołowych 2014

W końcu nastąpił mój spóźniony debiut w biegu górskim.

Dlaczego spóźniony ?

Ano dlatego, iż nie udało mi się dotrzeć na weekend biegów górskich z Sokołem w Zakopanem, a biegi Marduły oraz Zamoyskiego trafiły na listę: „starty na które ni edotarłem z różnych powodów”.

Bieganie w górach nie było mi obce – jednak do tej pory tylko treningowo, do tego od „małego” jeżdżę na nartach oraz chodzę po nich, w młodości również jeździłem z góry na dół i odwrotnie MTB, więc nie raz tam glebę zaliczyłem i zaliczę, jednak nigdy nie brałem do tej pory udziału w jakichkolwiek zawodach biegowych.

Wiele dobrego czytałem o Maratonie Gór Stołowych, do tego ( mam klapki na oczach jeśli chodzi o Tatry ) nigdy nie dotarłem w tamte rejony, więc w środku zimy, punkt dwudziesta czwarta udało mi się zapisać na ten bieg – zapisy skończyły się po godzinie.

Jako, że wtedy przygotowywałem się strictee pod dwa płaskie maratony, pracę nad górską formą odłożyłem dopiero na późną wiosnę, do tego miały mi wystarczyć tereny „górskie” wokół Białegostoku.

Po wiosennych startach na blisko dwa miesiące przeorganizowałem swoje treningi tj. :

– dodałem wybiegania dzień po jakościowym treningu ( jednak nie po SB ), ale po 10 km w tempie ok. 4:00, następnego dnia robiłem długie wybieganie 30 km po Wzgórzach Świętojańskich w tempie 5:00 na zmęczeniu, kiedy to Supraśla docierałem już naprawdę na oparach,

– minimum raz w tygodniu był urozmaicony w zabawę biegową cross po rezerwacie Zwierzyniec, z uwzględnieniem toru dla BMX-ów ( zeskoki, skoki, zbiegi, etc. ),

– najważniejsze czyli SB biegowa – tutaj w mniejszym stopniu skupiałem się na podbiegach ( ograniczeniem przy wbieganiu jest HR to raz, dwa podbiegi trenuję cały rok, a trzy zawsze pod górę byłem i jestem szybki – treningi z córką w nosidełku w górach ), tutaj najważniejsze były zbiegi po nierównym terenie. Zbiegi następowały natychmiast po podbiegach i to w najszybszym tempie, które pozwalało mi kontrolować równowagę – nie leciałem głupio na łeb na szyję, trochę mi zajęło zanim znalazłem swój sposób poprzez odpowiednie połączenie pracy nóg, rąk oraz oczu. Treningi te robiłem w Ogrodniczkach, tj. najpierw 5 km cross ramach rozgrzewki, a następnie góra/dół i tak przez kolejne 5 km. Po takim treningu wracałem do Białegostoku z mroczkami w oczach.

– oczywiście nie zapominałem o tempówkach oraz interwałach, biegi regeneracyjne natomiast zamieniłem na ćwiczenia, starałem się również rozciągać po każdym treningu przez 10-15 minut.

W międzyczasie okazało się, że dystans został wydłużony do 50 km o przewyższeniach +2120/-1920 metrów, bowiem organizatorzy dodali „przepiękną” 3 km pętlę „przy wodospadzie”.

Ostatnie dni przed startem to już odpoczynek, lekkie przebieżki i kąpiele solankowe. Miałem problem co do odżywiania w trakcie tj. obawiałem się jak żołądek zareaguje na żel po kilku godzinach wysiłku, dlatego zabrałem również batony energetyczne oraz zwykłe batony fitness, cukierki Mars ( wiedziałem, że na punktach będą orzechy oraz rodzynki, więc to pominąłem ), uzbroiłem się również w camelback pomny tego, że zawsze zawody odbywają się w dużym upale.

W końcu w piątek 4 lipca ruszyliśmy ze Zbyszkiem na południe, w Warszawie zabraliśmy Maćka i wczesnym wieczorem dojechaliśmy do Pasterki, 700 km za kółkiem zmęczyło mi jedynie nogi. Pasterka to teraz prawie koniec świata ( trudno uwierzyć, że przed wojną liczyła ok. 1000 stałych mieszkańców ) i do tego nie ma zasięgu – tak są jeszcze takie miejsca 🙂

Góry Stołowe tak z daleka jak i z bliska wyglądają pięknie, ale niepozornie, natomiast kiedy „wbiegnie się” w nie pierwszy przymiotnik staje się skromnym określeniem, ale drugi stanowi już zaprzeczenie rzeczywistości.

W Pasterce szybkie zakwaterowanie, rejestracja w biurze zawodów, pierogi ze szpinakiem, piwko na kolację w schronisku i spać. Mimo, że czytałem do 1 w nocy to i tak noc spałem marnie – pobudka co kilka minut… tak bywa na nowym miejscu. Na szczęście start był dopiero o 10.00 rano, więc mogłem się wyleżeć, a to mi wystarcza za spokojny sen ( nienawidzę rano wstawać ). 0 7,30 śniadanko ( miał być dżemik i pieczywo, a pojawiły się nawet jakieś pasty, wędlinki, sery etc. ) i wiadro kawy – polecam zakwaterowanie w ośrodku Caritas. O 9 odstawiamy depozyt na metę i czas się odziewać, w międzyczasie dociera do nas kolejny Pędziwiatr, czyli Mateusz.

Po raz pierwszy postanowiłem zakosztować Sudocremu pod skarpetki, ale i tak miałem obawy co do stanu moich stóp po… Do plecaka 1 litr wody, batony, dowód, telefon, czapka na głowę – temperatura rosła.

Przed startem 3

Oczywiście sesja zdjęciowa na starcie i czas pomyśleć o strategii na następne kilka godzin. Po pierwsze wbiłem sobie w głowę, że mam się nie podpalać, bo to są góry, więc od razu stanąłem ostatni, za mną była już tylko trawa. Postanowiłem też, że na podbiegach maszeruję i nie przekraczam tętna 160-165 bo będzie po ptakach…

Trzech Pędziwiatrów Przed startem 1 Przed startem 2

No i poszło.

Pierwsze kilometry to kamienie, kamyczki, głazy, korzenie, ludzie, ludzie i ich kije, doły, schodki, zeskoki wszystko to czego nie uświadczy się nigdzie indziej. Słońce praży, ale staram się kontrolować tempo i mijać biegaczy przede mną. Widoki są, niestety pierwsza próba ich podziwiania kończy się skrętem prawej kostki w prawo, druga próba lewej w lewo – miałem szczęście, że nic mi się nie stało, ale to było na tyle jeśli chodzi o „okoliczności przyrody”.. W pewnym momencie biegacz przede mną poleciał głową na kamienie, na szczęście ręce ocaliły mu twarz. Początek to również gadki szmatki etc. W końcu po 1 h 2 minutach i 8 km !!! docieram na pierwszy punkt odżywczy, a tam raj: pomarańcze, arbuzy, rodzynki, orzechy, ciastka, woda, izo. Szybko napycham buzię tymi cudami, z uwagi na upał głównie pakuję w siebie słone orzeszki, 4 kubki izo i wody, czapka pod wodę i po 2 minutach ruszam dalej ( byłem tutaj 229 ).

Następne 8 km to znów zbiegi, podbiegi i orka po dziurach, naprawdę trzeba było uważać, bowiem każdy metr mógł być ostatnim w tych zawodach. Z uwagi na to, że czuję się dobrze, próbuję biec pod górę jednak nie miało to większego sensu, ponieważ w biegu byłem niewiele szybszy niż idąc, a robiłem to zdecydowanie na niższym tętnie poza tym właśnie na podejściach wyprzedzałem większość ludzi. Na zbiegach już zdarzało mi się, że to ja byłem wyprzedzany, ale przez całe 50 km bylo to może z 10 osób, które następnie mijałem pod górę, a tempo w dół miejscami spadało nawet poniżej 4 min/km. Po kolejnych 8 km pętla doprowadziła do tego samego punktu odżywczego, gdzie przesunąłem się już na 158 pozycję. W dalszym ciągu czułem się doskonale, lecz zdawałem sobie sprawę, że trudności czekają mnie dopiero w drugiej połowie, zastanawiałem się również co z chłopakami, bowiem nawet jeśli ich minąłem, bądź oni mnie to i tak byłem zamyślony…

Na 22 km zaczął się podbieg do Pasterki do trzeciego przepaku i właśnie dobiegając do 28 km poczułem kryzys ( dotarło też do mnie, że nie złamię 6 h ), nie był to ból ( do tej pory czułem jedynie pośladki ), ale zwyczajnie głowa nie chciała mi współpracować, miałem dosyć tarki, podbiegów, zbiegów i upału ( mimo, że lubię i w miarę dobrze znoszę wysoką temperaturę ). Chociaż miałem zaplanowane postoje na max. 2-3 minuty tutaj jednak zdjąłem plecak, uzupełniłem camelback, zjadłem baton czekoladowy ( nie zapominając o kilogramach arbuza ), walnąłem samojebkę, dokonałem ablucji twarzy itp. Na koniec rzut oka na górujący w oddali Szczeliniec z metą, na którą miałem trafić za jakieś 22 km, rodzynki w łapę i przeklinając w myślach swój los ruszyłem dalej. W tym miejscy byłem 121. Strata kilku minut pozwoliła mi na odbudowanie woli napierania dalej.

28 km kryzys

Jak okazało się 2 km później, postąpiłem właściwie. Na 31km zaczął się zbieg, a właściwe strome zejście pośród mokrych kamieni, korzeni oraz błota do najniższego punktu maratonu, wg. Garmina było to -200 metrów na dystansie 2 km i każdy krok postawiony nieuważnie mógł skończyć się naprawdę nieciekawie… Mimo wszystko dotarłem na dół, a tutaj już tylko 3 km do ostatniego punktu odżywczego, tyle że te 3 km oznaczały wspięcie się 400 metrów wyżej. Złorzeczeniami innych biegaczy, pod adresem budowniczego trasy, za tę dodatkową pętle można spokojnie dwa piekła wybrukować, najbardziej o tym kawałku świadczą słowa kilku osób, które stwierdziły, że poziom trudności Rzeźnika to przy tym zabawa… W każdym razie ja mając na końcu języka słowa na dziesiątą literę alfabetu posuwałem się do przodu, a w zasadzie do góry. W końcu osiągnąłem wypłaszczenie, gdzie doszły mnie odgłosy z mety ( jeszcze 15 km ) i krótkim zbiegiem spod Szczelińca ( ten zbieg opiszę na końcu ) doleciałem do wspomnianego wcześniej punktu odżywczego. Na podejściu poczułem również swoje jelita, a w zasadzie ich skurcze i bałem się co będzie dalej, bowiem potrzebowałem jedzenia jak diabli. A tutaj niespodzianka – raj, sensacja na skalę światową. Nie dość, ze znowu arbuz itd. to jeszcze COLA – nie piję jej w domu, ale z uwagi na zawartość cukru był to najlepszy prezent od organizatorów w tym miejscu. Tutaj czwarty raz żarcie, kilka uwag o coli oraz piwie trzymanym przez przygodne osoby i jazda dalej.

Niestety jelita i bąbelki nie lubią ze sobą współpracować, więc pojawiły się jeszcze większe skurcze niż do tej pory. Na szczęście w tym miejscu zbiegaliśmy jakieś 2 km przez łąki ( łąki górskie, łąki łany z wysoką trawą – rozmarzyłem się, ale naprawdę kapitalnie czułem się płynąc przez trawę po pas ), więc nie obciążałem brzucha za bardzo, również udało mi się usunąć powietrze, co nie tylko dało wsparcie na biegu, ale przyniosło ulgę jelitom – te dwa km pokonałem średnio po 5:30 co biorąc pod uwagę stan moich czwórek oraz pośladków było naprawdę zawrotną prędkością. Niestety wszystko co dobre się kończy i trzeba było rozpocząć kilku kilometrowy podbieg pod Błędne Skały, noga za nogą szedłem i podbiegałem pod górę ( wiedziałem, że tutaj już mocniej się nie ubiję ) – niestety tutaj przede mną, ani za mną nie było w pobliżu nikogo i miałem pietra, że chyba jednak zamykam stawkę…

W końcu doczłapałem się do ostatniego punktu na 43 km ( miejsce w stawce już 76 ), gdzie można było uzupełnić jedynie napoje, wciągnąłem żel ( bałem się jednak o żołądek ), pozachwycałem się uśmiechem wolontariuszki i ruszyłem dalej. Pomimo to, że Błędne Skały to już minimalna ilość podbiegów oraz zbiegów to jednak nie biegłem zbyt zawzięcie z uwagi na ogromną ilość kamieni oraz korzeni na ścieżce – bałem się, że osłabione mięśnie nie pozwolą mi utrzymać równowagi i pod koniec połamię kulasy. Dodatkowo, chociaż trasa była oznaczona genialnie z uwagi na zmęczenie miałem obawy, że stracę je z oczu i pobiegnę nie tam gdzie trzeba, a jak wspomniałem byłem tutaj już zupełnie sam. Oczywiście trafiali się turyści ( dzięki za doping ), ale raczej nie znali trasy maratonu. W końcu ostatni strony zbieg – czwórki oraz pośladki paliły ogniem i znalazłem się w Karłowie. Karłów to niecałe 2 km asfaltu i to po płaskim, nie wiem dlaczego, ale bieg po nim był dla mnie cholernie ciężki i nie byłem nawet w stanie zbliżyć się nawet do tempa 5 min / km, prawdopodobnie wiedziałem, że mam jeszcze przed sobą 665 schodów na Szczeliniec do mety. Z Karłowa pamiętam też niesamowity doping postronnych osób, oraz oscypki i myśl, że nad Bałtykiem też już pewnie są do kupienia ;-). W końcu schody i jazda 115 metrów w pionie i 700 metrów do mety. Nie czułem tutaj euforii, a jedynie pragnienie mety oraz radowałem się coraz mniejszym dystansem ( co kilkanaście metrów napisy na stopniach, że meta i piwo coraz bliżej ), na schodach wciąż doping, również tych którzy już dobiegli. W końcu informacja, że już tylko płasko i ostatni sprint do mety.

Czas 6 godzin 34 minuty 38 sekund i informacja od spikera: „miejsce 72” oraz myśl o tym, że chyba się przesłyszałem, bowiem obstawiałem 3 setkę…

SAMSUNG CSC Meta - 1

Miejsca na punktach podaję z oficjalnych wyników.

Na mecie medal na szyję, a po sekundzie browarek do ręki i skok na arbuzy !!!! Arbuz był królem tego dnia, a cola królową.

Browarek na mecie

O matko i córko jaki jaki byłem szczęśliwy, do tego sms potwierdził mi miejsce stawce, w które w dalszym ciągu nie mogę uwierzyć, miejsce w kategorii M30 – 32.

Szybki telefon do domu ( znów cud czyli zasięg na chwilę ) odebrałem depozyt i potuptałem pod prysznic, jednak czułem się za słabo na kąpiel, więc jedynie obmyłem twarz i przebrałem w suche ciuchy i nie patrząc na temperaturę bliską 30 stopniom założyłem kurtkę oraz buff na głowę, zmęczenie robi swoje… Powrót na metę i potworne ssanie w żołądku: mieszałem arbuzy z orzechami, rodzynkami, ciastkami to zalewałem piwem i wciąż było mi mało… W końcu pojawił się Mateusz, pogadaliśmy, pofociliśmy – on uciekł do rodziny, a ja powitałem na mecie Zbyszka, tutaj znów to samo i stwierdziliśmy, że pora spadać bo mamy do Pasterki jeszcze 3 km zejścia.

Zbyuszek na mecie

Poczułem się na tyle dobrze, że chciałem zrobić roztruchtanie, ale z piwem w ręku ciężko zbiegać z góry, w pewnym miejscu było to mozolne schodzenie. Ten zbieg wyżej obiecałem opisać, no więc powiedziałem współschodzącym, że dobrze iż nie musieliśmy tędy zbiegać, na co oni oświadczyli, że wręcz przeciwnie był to zbieg do 4 pkt. odżywczego – gęba mi opadła w podziwie dla adrenaliny…

ZbiegSchody

W końcu wpadłem do pokoju i z pewną dozą nieśmiałości zdjąłem buty, kolejne zdziwienie bowiem nie miałem nawet małego odcisku, a przecież już po płaskiej połówce leje mi się ze stóp krem – połączenie obuwia trailowego i Sudocremu działa cuda. Szybko pod prysznic i lodowata woda na nogi, ale dopiero myjąc się poczułem, że nie wszystko jest OK. Plecak założony na singlet w połączeniu z łańcuszkiem pościerał mi do krwi skórę z obojczyków i na plecach – nauczka na przyszłość: biżuteria zostaje w domu, a na górę leci obcisła koszulka z pełnymi ramionami. Następnie udaliśmy się ze Zbyszkiem na po maratońskie pasta party, miałem taki apetyt, że makaron na raz podlewałem herbatą, kawą i piwem. Potem oficjalne zakończenie, koncert, kolejne piwo gadki szmatki, a o 22 warto iść spać. Byłem już w piżamie, ale jednak ubrałem się i poleciałem szukać żarcia, dopiero wielki talerz zupy gulaszowej z bułą do tego podlanej kolejnym piwem zaspokoił mój apetyt.

Rano pobudka i o 8.00 już siedziałem za kółkiem w drodze powrotnej do Białegostoku.

Wystartowały 463 osoby w limicie 9 godzin metę osiągnęły 403 – to świadczy o trudności biegu.

Byłem wtedy bardzo zdziwiony moim stanem po biegowym, dałem sobie 2 dni wolnego i we wtorek byłem w stanie zrobić 8 km wolnego wybiegania na delikatnie podwyższonym tętnie, zakończone 15 minutowym rozciąganiem…

Minusem jest to, że chce mi się dłużej i dalej i raczej asfalt nie jest już moim wymarzonym terenem do biegania.

Wracając do Supermaratonu Gór Stołowych jestem zachwycony organizacją, zaopatrzeniem punktów, pracą wolontariuszy, oznaczeniem trasy i atmosferą tego biegu – w mojej osobistej skali 10/10 i na pewno będę chciał tam wrócić.

* zdjęcie z mety jest autorstwa Piotra Dymusa, drugie pochodzi z portalu datasport.pl