Maraton Przyjaźni Druskienniki – Grodno lipiec 2014

Lubię wielkie biegi, gdzie startują tysiące osób, a ja czuje się anonimową kroplą w morzu biegaczy. Jednak równie wielką przyjemność sprawiają mi małe lokalne biegi, w których startuje niewiele więcej niż 100 osób i nie ma oszałamiającego pakietu startowego.

Takim właśnie biegiem okazał się Maraton Przyjaźni z litewskich Druskiennik do białoruskiego Grodna i jego IV edycja. Co roku bieg odbywa się w odwrotnym kierunku, także w 2015 będzie to Grodno – Druskienniki. Do startu zachęciła mnie duża aktywność na FB organizatorów tego wydarzenia oraz chęć przebiegnięcia przez ściśle strzeżoną granicę UE – oczywiście bez zatrzymywania, a także ciekawość zobaczenia chociażby pobieżnie, jak wygląda kraj za naszą wschodnią granicą. Koszt startowego w pierwszym terminie to raptem 20 euro i rośnie o ile pamiętam do 25.

Warto wspomnieć, że w przeciwieństwie do większości lokalnych maratonów w Polsce czy też poza jej granicami w tym przypadku nie ma możliwości powalczenia o podium, bowiem najlepsi mają czasy poniżej 2 h 30 minut.

Warunkiem koniecznym do wzięcia udziału w tym biegu jest posiadanie ważnego paszportu oraz białoruskiej wizy. Kilkanaście dni przed zawodami w konsulacie Republiki Białoruś w Białymstoku czekało już na nas zaproszenie wystawione przez Ministerstwo Sportu i Turystyki okręgu grodzieńskiego i po niewielkich perypetiach z ubezpieczeniem ( polecam agencję obok konsulatu ) otrzymaliśmy bezpłatnie wizy jednokrotnego wjazdu i wyjazdu. Republika Białorusi honoruje niewiele ubezpieczeń, dlatego ważne jest, aby kupić te właściwe – ja wcześniej załatwiłem wszystkim ubezpieczenie z firmy, której u naszego sąsiada „nie znaju” 😉

Wiza białoruska

Wiza białoruska

Łącznie z Białegostoku wystartowały cztery osoby tj. Agnieszka, Artur, Bartek i autor tej relacji w swojej skromnej osobie.

Start Druskienniki

Start Druskienniki

Logistyka jest niezwykle prosta tj. dojazd do Druskiennik własnym samochodem zajmuje około 2 godzin, zakwaterowanie w wynajętym przez booking.com apartamencie w centrum kilka minut i już. Dopełnienie formalności w biurze zawodów i wypełnienie druków wjazdowo / wyjazdowych zabiera także niewiele czasu. Nie sprawdzano natomiast badań lekarskich, mimo informacji w regulaminie o tym, że są obligatoryjne. W pakiecie dostajemy numer startowy, kupon na jedzenie, parę ulotek oraz informacja o zniżce w aquaparku. Także wielbicielom bogatych pakietów – nie polecam, w przeciwieństwie do wizyty w parku wodnym.

Za to Druskienniki polecam każdemu. Piękne ścieżki do biegania, możliwość jazdy na nartach 365 dni w roku, czy też wielki park linowy, w którym można osobiście przekonać się co miała na myśli Eliza  Orzeszkowa pisząc „Nad Niemnem”.

Nad Niemnem

Nad Niemnem

Zresztą należałoby tam przywieźć 40 mln Polaków i pokazać jak powinna wyglądać przestrzeń publiczna w kurorcie w środku sezonu. Czyli w skrócie: oczy nie bolą od miliona obrzydliwych reklam na każdym płocie, nie słychać głośnej muzyki napierd… ( przepraszam, ale nie znam lepszego słowa opisującego to zjawisko ) z każdego konta. Brak milionów straganów z chińskim chłamem, ciupagami nad morzem i muszlami w górach, wszechobecnego smrodu frytek, pijanych janosików lub postaci w brudnych przebraniach z dziecięcych bajek, raczej straszących te ostatnie swoim wyglądem niż zachęcających do zdjęć – tak bardzo odróżnia to miasto od polskich kurortów. Cisza, spokój, beczka z kwasem chlebowym na deptaku, wolne leżaki na basenie i jedzenie po którym nie odbija się przez tydzień.

Popołudnie to oczywiście moczenie w basenach – temperatura ponad 30 stopni, następnie kartacz party – czyli smaczne i świeże jedzenie w regionalnej sieciówce Fort Dvoras.

Kartacze

Kartacze

W końcu wieczór jak zwykle przygotowanie stylizacji na start i pora spać. Ze spaniem jak zwykle u mnie nie jest łatwo, tutaj do tego nałożyły się czynniki zewnętrzne czyli wschodni czas przesunięty godzinę do przodu ( po 22 wciąż widno ), upał, małżonka w 7 miesiącu ciąży narzekająca na gorąc oraz Pola, która w nocy boi się ( niewiadomoczegoalestrasznego ) i marudzi, aby zamknąć okna. Także do 1 w nocy lektura, a później walanie się z boku na bok do 5,30… Rano jak zwykle bagietka z dżemem, herbata, wiadro kawy, „długa chwila tam gdzie król chodzi piechotą” i trzeba ruszyć na start.

IMG_4914

Przed startem

Na starcie jest już Agnieszka, tamże odprawa celna, zapakowanie depozytu w worek, sesja zdjęciowa z resztą ekipy i czekamy na wystrzał.

Odprawa

Odprawa

Start miał być o 8 czasu miejscowego, czyli 7 naszego, ale już było czuć, że słoneczko nie odpuści nam tego dnia….

IMG_4917

Jest i Bartek

Za pięć ósma ustawiłem się jeszcze w kolejce do toalety, więc rzutem na taśmę prosto z kibelka dołączyłem do ponad setki maratończyków i głównym deptakiem Druskiennik ruszyliśmy w stronę Grodna. Pierwszy kilometr to rozgrzewka i żarty, później postanowiłem opuścić moich szanownych znajomych i pokonać trasę we względnej samotności. Z uwagi na pogodę i 50 km w Górach Stołowych dwa tygodnie wcześniej nie miałem żadnego planu, postanowiłem jedynie biec swoje i tak jak pozwolą warunki, aby skończyć w dobrym stanie i ewentualnie czasowo nie gorzej niż zazwyczaj. Początek trasy to długi, ale delikatny podbieg przez miasto tak mniej więcej do 5 km, po opuszczeniu Druskiennik wbiega się w las i skręca w prawo w stronę granicy z Białorusią. Granica ta jest dodatkowo zewnętrzną granicą UE, więc od razu poczułem się jak przed rokiem 89′. Zasieki, zaorane pasy ziemi, słupy co kilka metrów, a na każdym kamery skierowane w cztery strony świata – o matko powrót do przeszłości pełną gębą. Przekroczenie tak mocno strzeżonej granicy w trakcie maratonu do tego przy dopingu litewskim i białoruskich celników na długo pozostanie w mojej pamięci.

Artur i Bartek na granicy

Artur i Bartek na granicy

Biegnący jeszcze bez wózka przekracza granicę ;-)

Biegnący jeszcze bez wózka przekracza granicę 😉

Niestety słoneczko coraz bardziej dawało znać o sobie, na szczęście ( jak dla kogo ) kolejka tirów do przejścia granicznego liczyła 7 km – tak tir za tirem przez siedem kilometrów !!! Ciężarówki stały po wschodniej stronie, a więc zapewniony był nie tylko cień, ale i doping ze strony kierowców, ale też i smrodek spalin.

Tiry

Tiry

Jednak mniej więcej od połowy dystansu ciężarówek już nie było, zero cienia, a tylko patelnia z nieba ( 33 stopnie ) i rozpalona wstęga asfaltu prowadząca do mety w Grodnie. Po połówce miałem czas 1:35 i od tego momentu stwierdziłem, że nie ma co się katować w tej temperaturze, a po prostu na luzie dobiec do mety, dodatkowo trasa robiła się pagórkowata, ostatnie km to non-stop niewielki podbieg do Grodna.

Artur

Artur

Zacząłem podziwiać białoruskie wioski – ubogie, ale bardzo czyste i nadzwyczaj zadbane. W tym momencie muszę przyznać, że przestrzeń publiczna również i tego kraju pozbawiona wszechobecnych reklam, bilbordów itd. wygląda o niebo lepiej niż u nas, gdzie symbolem tego bałaganu jest chociażby wjazd do Zakopanego. W wielu miejscach dopingowały nas grupki osób, dzieciaki, a także człowiek, który proponował nie tylko wodę, ale i coś mocniejszego 😉

Wracając do organizacji biegu, to po drodze strażacy udostępnili dwie kurtyny wodne, czyli o 50 % więcej niż w Barcelonie wiosną, prawie każdy uczestnik miał osobistego asystenta w postaci rowerzysty, do tego przynajmniej dwie karetki jadące z nami. Trasa biegu obstawiona była milicją i mimo, że odstępy między nami często wynosiły kilkaset metrów to kierowcy grzecznie i z uśmiechem zjeżdżali na pobocze, dopingując sprawców tego opóźnienia w ich podróży.

Milicja

Milicja

Punkt odżywczy

Punkt odżywczy

Co kilka kilometrów stały punkty odżywcze zaopatrzone w banany, wodę, iso oraz colę. Najbardziej podobał mi się wolontariusz pytający kilkadziesiąt metrów przed punktem o moje życzenie odnośnie picia, a następnie krzykiem przekazywał mój wybór wolontariuszowi na punkcie, od którego dostawałem to co sobie zażyczyłem wcześniej.

Ostatnie kilometry do mety, pokonywane w samotności kilkupasmowymi alejami Grodna, na których wstrzymany był ruch samochodowy pozwalały poczuć się prawie jak na olimpiadzie :-). Wyobraźcie sobie centrum miasta, cztery pasy w jedną stronę i milicję stojąca na przecznicach abyście mogli spokojnie biec. Przede mną jakieś 500 metrów biegła dziewczyna, a za mną długo nikt !!!

Meta zlokalizowana była w okolicy grodzieńskiego stadionu i pałacu sportu – jak dowiedziałem się z książki „Białoruś dla początkujących” – polecam, większość infrastruktury sportowej nazywa się tamże pałacami.

Stadion w Grodnie

Stadion w Grodnie

Na metę wbiegłem po 3 h:17 min:49 sek i bodajże na 23 pozycji ( kobiet nie wyprzedzam na finiszu ) i ten czas jak na panujące warunki sprawił mi ogromną radość, również z tego powodu, że nie „ubiegałem się w trupa” jak to czasami się zdarza.

Agnieszka na mecie

Agnieszka na mecie

Artur i Bartek

Artur i Bartek

Na mecie woda Vytautas – ostrzegam jej specyficzny smak może zabić !!! Możliwość wzięcia kąpieli pod prysznicem – zimnym lub w fontannie, obiad w restauracji stadionowej. Posiłek zakończony tradycyjnym „Najedli się, napili ? To paszli stąd na część oficjalną”. Tam występy artystyczne, wręczanie medali, statuetek etc.

MP10 MP11

My natomiast kombinujemy jak zerwać się wcześniej, bowiem autokar do Druskiennik odjeżdżał dosyć późno i jak powiedział nam kolega z Gołdapi potrafił po drodze zajechać do lokalnego monopolowego, a dodając do tego dokładną kontrolę na przejściu granicznym, do Druskiennik możemy dotrzeć wieczorem, a czekała nas jeszcze podróż powrotna.

MP12

MP13

Koniecznie trzeba pamiętać o odbiorze paszportów oraz dokumentów wyjazdowych !!!

Zwrot kwitów

Zwrot kwitów

Na szczęście na mecie było kilku miejscowych biegaczy, znanych m. in. ze startów na Podlasiu. W zasadzie dziwnie to brzmi „miejscowi biegacze” z życiówkami w maratonie w ok. 2:15…  W każdym razie jeden szybko zaofiarował nam pomoc w dotarciu na dworzec autobusowy, pomógł w kupnie biletów, a jeszcze wcześniej obwiózł po Grodnie. Ta krótka wycieczka pokazała nam ładne, czyste i naprawdę zadbane miasto – chciałbym kiedyś tam wrócić na dłużej, również ze względu na historię tego miejsca.

Czekamy na odprawę celną

Czekamy na odprawę celną

Na miejsce startu udało nam się dotrzeć mniej więcej o godzinie wyjazdu autokaru z Grodna.

Podsumowując było to naprawdę ciekawe i warte przeżycia doświadczenie, zwłaszcza biorąc pod uwagę obraz w jakim media w naszym kraju potrafią pokazywać wschodniego sąsiada, a jak wygląda w rzeczywistości, oczywiście w rzeczywistości na pierwszy rzut oka.

Czuje się tam też w ludziach jeszcze ten wschód, którego my nie wiadomo dlaczego się wstydzimy i chcemy z siebie wyrzucić, a polega on chociażby na bezinteresownej pomocy objawiającej się właśnie w tym, że wsadzono nas do autobusu praktycznie za rączkę. Oczywiście nie trafiło na osoby nie umiejące sobie poradzić, ale było to miłe, a przede wszystkim pozwoliło na zaoszczędzenie mnóstwa czasu.

Dane nam było poznać 50 – letniego, głuchoniemego Romana z Mińska, dla którego był to 500 – setny maraton !!!!!!!!!

Roman i maraton nr 500

Roman i maraton nr 500

W maratonie brali udział głównie Białorusini, spora ilość Litwinów, Rosjan i Ukraińców, do tego dwóch Brytyjczyków  i chyba ktoś z Niemiec i mam nadzieję, że z roku na rok pojawiać się będzie więcej Polaków, łącznie było nas sześcioro. Najlepszy z Polaków Krzysztof Bartkiewicz był 6 z czasem 2:42:38, wygrał Białorusin Stsiapan Rahautson 2:28:31.

Jeżeli ktoś Was będzie zainteresowany startem to możecie wejść na stronę maratonu, polecam również kontakt z Alexem, który pomoże z wizami oraz odpowie na wszystkie pytania związane z biegiem.

Zdjęcia pochodzą ze strony maratonu jak i mojego archiwum.