Maraton Karkonoski 2015

Maraton, czy może ultramaraton bo to w końcu 46 kilometrów, w którym głowa dała radę nadążyć za ciałem, a ciało za głową.

Nie należę do osób, które przed jakimikolwiek zawodami rozgłaszają wokoło swoje zamiary co do zajęcia jakiejś pozycji bądź też uzyskania konkretnego czasu, bowiem w przypadku niepowodzenia robi się trochę głupio…

Również wobec siebie obrazuję jedynie swoje zamiary, a później próbuję je z różnym skutkiem zrealizować.

Tym razem było jednak inaczej.

Analiza czasów osiągniętych w roku ubiegłym przez osoby z którymi przyszło mi kiedykolwiek rywalizować ( oczywiście w ostatnim czasie, a nie w zamierzchłej przeszłości ), szczegółowe zaplanowanie taktyki na bieg, a przede wszystkim znajomość mojej obecnej dyspozycji sportowej pozwoliła mi liczyć, przy sprzyjających okolicznościach, na dotarcie do mety w okolicach 20 miejsca. Tyle miałem zamiar osiągnąć, ale przede wszystkim o to chciałem powalczyć, ale moje plany jak zwykle znałem tylko ja i żona, która i tak to wypuściła drugim uchem 😉

W ciągu ostatnich 5 dni przed startem całkowicie odpuściłem sobie bieganie, raz że siedziałem praktycznie non-stop w pracy ( z przerwą na sen ), jak również z tego powodu, że przebieg w ciągu ostatnich 30 dni przed startem zbliżył się do 500 kilometrów, a więc trzeba było odpocząć. Do tego czekał mnie jeszcze kilkugodzinny dojazd za kierownicą na zawody i szybki powrót tuż po. Droga na szczęście przebiegła bez problemów i w piątek pojawiło się pod Szrenicą aż 11 osób z Białegostoku. Odbiór pakietów, drobne zakupy, kolacja – nieśmiertelny makaron podlany piwem i o 22 położyliśmy się spać – jak dla mnie był to prawie środek dnia, ale o dziwo zasnąłem dosyć szybko.

Pobudka o 6 rano, śniadanie – bułki z dżemem jagodowym, widząc zachowanie Pawła stwierdziłem, że moja żona dodało coś jeszcze i wyszedł jej prawdziwy dżem z gumijagód.

 

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Praktycznie do samego startu walczyłem z myślą, czy nie robię błędu nie zabierając ze sobą na trasę plecaka z camelem bądź chociaż bidonu – stwierdziłem, że skoro ma być szybko to wystarczą mi punkty odżywcze, a w razie czego będę żebrał: „pan da pić”, natomiast dla uspokojenia wyrzutów sumienia zabrałem ze sobą butelkę z 25% roztworem odgazowanej coli, która miała mi starczyć na początek i spocząć w koszu na pierwszym punkcie odżywczym.

Przed startem oczywiście obowiązkowa sesja zdjęciowa.

Ciekawym czy wprawne oko dostrzeże wszystkie detale 😉

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Następnie rozgrzewka ( chcę by nogi były gotowe na podbieg na pierwszych kilometrach trasy ), głowa bardzo spokojna, jedyny niepokój to myśl czy robię właściwie nie biorąc ze sobą żadnego picia, ale uspokaja mnie chłód poranka.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

W końcu start i ruszam pod górę. Tym razem podobnie jak w Londynie biegnę z pulsometrem, który zwłaszcza na pierwszych kilometrach ma być dla mnie smyczą, aby tętno nie przekroczyło granicy 160 uderzeń na minutę. Początek powoli, ale biegnę; mija pierwszy potem drugi, w końcu trzeci kilometr, a ja wciąż biegnę pod górę.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Czwarty kilometr i czuję lekki niepokój czy nie poleciałem za szybko – puls jednak uspokaja tj. 158/159; przede mną niewielka grupka biegaczy, za mną tłumy a ja czuję, że biegnie mi się bardzo lekko, więc obawa o zbyt szybki początek już całkowicie odchodzi w niepamięć. Tuż przed pierwszym pomiarem czasu obok schroniska pod Łabskim Szczytem przechodzę do marszu. Mój czas na 5 km to ok. 30 minut, a więc tempo zgodne z założeniem i cieszy mnie ono, zwłaszcza biorąc pod uwagę prawie 400 metrów pod górę.

Na punkcie rozstaję się z butelką, i noga za nogą już maszeruję pod górę. Nareszcie grań, a za chwilę Śnieżne Kotły i charakterystyczny budynek stacji RTV.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Wieje, ale w końcu można puścić łydkę i napawać się widokami oraz kilometrami, jakie pozostały do przebiegnięcia na półmetek, który wypadał na bardzo odległej jeszcze Śnieżce. Pierwsze potknięcie na kamienistym chodniku i upadek na prawe kolano przypomniały mi jednak, że przyjechałem tutaj biegać, a nie rozkoszować się krajobrazem, na Wielki Kocioł musiałem jednak spojrzeć.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Tutaj mała dygresja, tym razem biegłem z butach NB model 1210 Leadville – o matko i córko cóż to była za rozkosz w porównaniu do Speedcross Salomona, dla użytkowników których na kamienistych trasach od czasu udziału w Biegu im. drh. Marduły jestem pełen wielkiego uznania…

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Czas jednak wrócić na trasę bo zaczyna się pierwszy długi zbieg i test jak wiele osób mnie tutaj wyprzedzi. O dziwo zdaję go wyjątkowo dobrze, biorąc pod uwagę asekuracyjne tempo z uwagi na dziury między głazami, wpadnięcie w które może grozić przedwczesnym zakończeniem biegu. Stąd też nie korzystam z zachęt osób przede mną, abym je wyprzedzał.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Jednak, kiedy zaczyna się płaska szutrowa ścieżka, przechodząca następnie w asfalt to już nic mnie nie zatrzymuje i lecę w dół do punktu przy schronisku Odrodzenie niewiele ponad 3 minuty na kilometr. Na punkcie pierwszy żel, łyk wody plus izo i nie zatrzymując się napieram dalej. Na pomiarze czasu w okolicach 16 km dowiaduję się, ze jestem 18-ty co jeszcze bardziej dodaje mi skrzydeł.

Czas jaki spędzam na punktach pokazuje poniższa sekwencja zdjęć zrobiona na punkcie obok Domu Śląskiego.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

 

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Tutaj moim zdaniem zaczął się również najgorszy i najtrudniejszy technicznie fragment trasy, stwardniałe ziemne koleiny upstrzone kamieniami, luźnymi głazami, pełne korzeni i rumoru skalnego – może to subiektywne odczucie, ale w tym miejscu biegło mi się zdecydowanie najgorzej. Jednak wciąż biegło, niestety po raz kolejny tego dnia potykam się, tym razem jednak kończy się to lotem zakończonym na dłoniach i rozbitym kolanem – o rany jaki to jest upierdliwy ból, niby tylko rozcięta skóra, ale boli tak, że pierwsze kilkanaście metrów ledwo kuśtykam. Dobra panie Przemku, trzeba delikatnie zbastować, bowiem jeszcze tego dnia musisz wrócić do Białegostoku, a jutro wczesnym rankiem wyjazd do Serw po Polę i wizyta w Druskiennikach.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Upadek nastąpił tak jak poprzedni na zupełnym wypłaszczeniu i w miejscu które nie było trudne technicznie, jednak zawsze było coś o co można się potknąć. Na Równi pod Śnieżką minął mnie z przeciwka prowadzący Bartek Gorczyca, a ja po raz pierwszy dosłownie na kilka sekund zatrzymałem się koło Śląskiego Domu, aby popić drugi żel i wciągnąć kilka ciastek. Na punkcie pod Śnieżką byłem już 17 i w tym miejscu uwierzyłem, że mogę spróbować powalczyć o wejście do pierwszej 15 – tki, zwłaszcza że podchodząc na szczyt minąłem kolejne dwie osoby – podejście na Śnieżkę jest naprawdę stromę i nie da się tam biec, ale wystarczy, że organizm pozwala na szybkie podchodzenie. Na szczycie tłum ludzi, z których spora grupa dawała głośny doping każdemu z osobna – pierwsza dwudziestka była rozciągnięta na trasie, więc każdy otrzymał swoje. Mijam „spodki” i po raz kolejny puszczam łydkę, tym razem kamienny chodnik nie daje rozwinąć tempa jak parę kilometrów wcześniej, ale i tak lecę wg mnie jak na skrzydłach i mijam kolejnego biegacza. Łeb mam skupiony na kamieniach przed sobą, nogi podają jak należy – nie przymierzając ekstaza. Tempo w okolicach 4:10-4:20, trasa powoli robi się płaska, ale nie odpuszczam nogom i ciągnę w dół, jednak popełniam największy błąd tego dnia, bowiem znów odpuszczam głowie i zamiast skupić się na podłożu daję oczom popatrzeć wokół i… wylatuję do góry.

Potykam się lewą nogą, za łydkę od razu łapie mnie potężny skurcz, fikołek w powietrzu i ląduję na ziemi lewą stroną ciała, a bark i biodro przeszywa niesamowity ból. Z tyłu słyszę „o k…a!!!!” i ten którego kilka chwil wcześniej wyprzedziłem teraz dosłownie zdrapuje mnie ze ścieżki. Za chwilę podjeżdżają ratownicy spod schroniska, a dwie kobiety obecne przy upadku z przerażaniem w oczach wlewają we mnie colę. Ktoś naciąga  mi nogę, ratownicy pytają czy potrzebuję transportu, ja dotykam barku i widzę krem na fioletowych wnętrzach dłoni i myślę KONIEC to się już naścigałem… Poniższe dwa zdjęcia były wykonane tuż po.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Jednak moc adrenaliny jest niesamowita, podziękowałem wszystkim i pokuśtykałem do punktu żywieniowego z myślą, że może spróbuję jakoś doczłapać do mety. Tutaj się ożarłem, opiłem, olałem to że wyprzedziło mnie kilka osób i postanowiłem ruszać dalej wypłakując się – dosłownie, każdemu napotkanemu z znajomemu. Najlepszy był Mateusz: „zapierd… k… stary jesteś 10”, nie wiem co pomyślał, gdy odpowiedziałem mu, że zejdę z trasy ( bo to jedynie miałem w głowie ). Szczerze mówiąc to w tym momencie pamiętam głównie przeszywający ból lewej strony ciała i to, że krok za krokiem zacząłem maszerować, potem truchtać, a w końcu biec.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Z czasem ból przestał być uciążliwy, tętno się ustabilizowały, a ja jak 40-letni idiota pomyślałem, że jeszcze nie jest tego dnia po mnie i może tak wiele w generalce nie stracę. Biegłem mimo wszystko już zdecydowanie bardziej zachowawczo, bowiem bałem się, że kolejny upadek skończy się fatalnie. Poza tym zbiegi dokuczały mojemu lewemu biodru coraz bardziej i musiałem ( jak pokrak ) amortyzować na ugiętych kolanach co pozwalało odciążyć mięśnie gruszkowate, a dzięki temu oszczędzać biodro. Pogoda zmieniła się diametralnie – słońce prażyło coraz mocniej ( tego dnia zaczęły się sierpniowe upały ), a ja jak wiadomo byłem bez wody, jednak coraz więcej osób reagowało na tradycyjne „pan da”, bądź też ochotniczo poiło nas wodą i colą. Tutaj muszę zaznaczyć, że mimo swojego stanu, a zwłaszcza wyglądu nie wkładałem cudzej butelki do gęby lecz z kilku cm wlewałem sobie kilka łyków nie dotykając ustami szyjki.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Ogromnym ułatwieniem dla każdego biegacza, a tym samym i dla mnie, był tego dnia powrót tą samą trasą do punktu startu – ma to naprawdę ogromny i pozytywny wpływ na psychikę i uważam, że fakt ten pozwolił mi na ukończenie maratonu. Wracając do biegu to na 30 km byłem 23 i w tym miejscu myślałem, że kończąc w pierwszej 50 – tce będę naprawdę szczęściarzem. Mimo to minąłem kilka osób – w przypadku jednej to ja tym razem byłem gotowy udzielić pomocy z uwagi na to iż słaniał się jak pijany co mogło być przyczyną udaru, na szczęście tylko go tak kiwało 😉

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Ponownie mijam Śnieżne Kotły i jestem przerażony 6 kilometrami zbiegu – osobom nie mającym górskiego doświadczenia pragnę napisać, że tak jak schodzenie jest trudniejsze niż wchodzenie pod górę tak samo jest ze zbieganiem.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Zbieganie boli to raz, a zbiegając można upaść to dwa, do tego upadek kończy się w miarę delikatnie jak w moim przypadku lub o wiele gorzej to trzy, po czwarte grawitacji nie ma końca, natomiast pod górę pójdziesz/pobiegniesz tyle ile pompka pozwoli i koniec. Wracając do zbiegu to moje tempo do 42 kilometra było niewiele szybsze niż pod górę – strach i ból to skuteczne hamulce, a to były strome kamienne schody.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Obok schroniska i na ostatnim punkcie kontrolnym o dziwo wciąż byłem 23 i tutaj pomyślałem, że warto powalczyć o utrzymanie tej pozycji, ale maksymalnym tempem, które były na zbiegu w stanie znieść moje nogi to 4:20, a trasa pozwalała na zdecydowanie więcej. Z tego powodu już kilkaset metrów przed metą nie byłem w stanie się obronić przed spadkiem o jedną pozycję niżej i tak zakończyłem te zawody na 24 miejscu na jakieś 500 osób, które wystartowały. Z czasem 5:02 i 8 pozycji w M40.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Jeszcze przed metą niespodzianka – spotykam mojego dobrego biegowego kolegę Grzegorza, razem biegaliśmy m. in. maratony w Barcelonie czy też w Gałkowie na Mazurach.

 

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

 

Absolutnie wszyscy z nas dobiegli w limicie, rekordzista wpadł 15 sekund przez zamknięciem mety. Do tego stał się bohaterem wielu portali biegowych.

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Dla mnie te ostatnie zdjęcie pokazuje potęgę głowy, że kiedy już ciało i nogi mają dość to warto złapać się za łeb i da się pobiec dalej. Tak było i w moim przypadku, kiedy to adrenalina i chęć osiągnięcia mety spowodowała, że dociągnąłem na nię nie spadając za mocno w klasyfikacji. Była to dla mnie niezwykle cenna lekcja, która pokazała jak wielka jest siła umysłu, bo nawet to jak czułem się długo po powrocie z Karkonoszy dawało mi do myślenia jakim cudem dałem radę to ukończyć. Przez dwa tygodnie nie byłem w stanie leżeć na lewym boku, za kierownicą jakoś siedziałem natomiast z auta wychodziłem prawie na czworaka, a niedzielę w Druskiennikach spędziłem w pozycji horyzontalnej lub powłóczyłem noga za nogą 🙂

Podsumowując to prawda, że biega się głową…

Maraton Karkonoski

Maraton Karkonoski

Zdjęcia pochodzą z wasylfoto.pl, fotomaraton,pl, datasport.pl, fotowozniak.pl, Sudeckie Wycieczki Biegowe oraz profilu zawodów na portalu FB.