Łemkowyna Ultra Trail, a może Błotnowyna…

Myślałem o Łemkowynie już wiosną 2014, tyle że moje jesienne plany tego roku obejmowały również wizytę na porodówce i nie byłem pewien, czy małżonka zgodzi się na jakikolwiek start w porze jesiennej.

Jako, że w końcu udało mi się pobiec w Maratonie Wigry ( te awarie aut ) to jeszcze bardziej napaliłem się na udział w kolejnym biegu organizowanym przez G. i K. Gajdzińskich.

Na początku udało mi się wynegocjować Maraton Warszawski, a po kilku dniach zacząłem wspominać o wizycie w Beskidzie Niskim ( organizator obiecał mi wpisanie na listę startową już po zakończeniu zapisów ). Wszystko skończyło się po mojej myśli – żona puściła, także nie musiałem puszczać się sam i sześć tygodni po przyjściu Igi na świat, usiadłem obok Wojtka w samochodzie i wyruszyliśmy w wielogodzinną podróż do Chyrowej.

W tym miejscu muszę dodać, że konwersacja z moim biegowym kolegą sprawia, iż podróż mija błyskawicznie – od głupawki do sensu życia poprzez historię Żydów polskich…

Późnym wieczorem udaje nam się odnaleźć miejsce postoju oraz bazę zawodów.

IMG_5400

Potem weryfikacja sprzętu regulaminowego, późna kolacja, odprawa – gdzie wspomniano, że w niektórych miejscach na trasie jest błoto – HAHA trochę błotka to nic takiego do tego mróz powinien je skuć, mały „izotonik” krótka pogawędka z napotkanymi znajomymi i trzeba szykować się do snu. Przed snem jeszcze parę zdań ze współlokatorami domku i uściśnięcie łapy jednego z nich, czyli psa Łyska.

IMG_5426

W międzyczasie duchowo wspieramy Artura, który o 24.00 wylatywał z Krynicy na trasę ŁUT150.

Jako, że start był o 7 rano, zegarki mieliśmy nastawione na 5. Rano śniadanko, zajęcie kolejki do „najważniejszego miejsca przed każdym biegiem”, stylizacja i można ruszać na start.

Zanim znaleźliśmy się na starcie, po otwarciu drzwi nastąpił efekt: „o kutwa jak zimno”…

No, ale cóż ŁUT150 marznie już od 7 godzin, więc i my przeżyjemy – kto by się spodziewał, że myśl ta będzie lejtmotywem całego dnia.

U mnie jak zwykle niedomiar adrenaliny spowodował pozostawienie nr startowego w sypialni i powrót po niego dosłownie kilka chwil przed startem.

IMG_5406 IMG_5407

Wracając na start przypomniałem sobie wcześniejsze założenie, aby zmieścić się w pierwszej 50 – tce. Zdawałem sobie sprawę, że od narodzin Igi jestem bardziej w stanie roztrenowania niż treningu, do tego nieprzespane noce nie pozwalają mi na właściwą regenerację, a zmęczenie sezonem ciągnie się już od połówki w Bielsku Podlaskim na początku września, natomiast atak na 3h w Warszawie tylko ten stan pogłębił.

Od momentu startu całkowicie zapominam o czymkolwiek poza kontrolowaniem tempa, aby nie wypalić się już na dzień dobry. Jest pierwszy podbieg, robi się również ciepło i to tak ciepło, że zastanawiam się czy nie odpiąć rękawów i pozostać jedynie w kamizelce. Na płaskim odcinku oraz pierwszym zbiegu nie jestem już jednak tak przekonany do tego pomysłu. Po niecałej godzinie stwierdzam, że mogę delikatnie przyspieszyć i zaczynam wyprzedzanie na podejściach jak i zbiegać bardziej niż asekuracyjnie, aby przynajmniej nie dać się tutaj wyminąć, ale również starać się mijać innych.

IMG_5414

I tutaj pojawił się główny motyw ŁUT i przyczynek do zmiany nazwy z Łemkowyna na Błotnowyna, czyli błoto.

Błoto było wszędzie: na środku szlaku, poza szlakiem, daleko od szlaku, na zbiegach, na podejściach, po kostki, pod szlakiem… w miarę czyste było jedynie niebo. Czułem się jak na lodowisku, gdzie najważniejsza jest walka o utrzymanie równowagi oraz pilnowanie nóg, aby nie rozjechały się na boki co groziło powykręcaniem kostek, a z uwagi na temperaturę zamoczenie czterech liter w błocie również nie zapowiadało się przyjemnie. Ten bieg to było myślenie i analizowanie non-stop, gdzie nogę postawić, głowa pracowała na równi z mięśniami. Niestety podeszwa moich trailowych Adidasów kocha błoto, więc dość szybko poduszki błotne na podeszwach spowodowały, że zapoznałem się z mokrą mazią organoleptycznie.

IMG_5410

IMG_5421

Powyższe zdjęcia można podpisać jako czyste ( w miarę ) i brudne.

Na tym odcinku popełniłem jednak kilka błędów tj. mimo moim zdaniem zachowawczego tempa zacząłem jednak za szybko oraz starałem się gnać na zbiegach, bez względu na panujące warunki co dodatkowo obciążało moje stawy. Wracając do biegu, przecinam drogę prowadzącą do przejścia w Barwinku ( 30 lat temu jeździłem tamtędy z rodzicami ), kilka zakosów i podejście na Cergową. Na Cergowej zdarzyła mi się jedna z piękniejszych rzeczy jakie widziałem w górach. Na południe, a raczej po stronie prawej ręki żółta jesień, a w zasięgu lewej ręki, na północy, zima czyli warstwa szronu podświetlona wschodzącym słońcem i pionowa ściana opadająca w dół.

IMG_5415

Nie było osoby, która tego dnia nie zatrzymałaby się tam chociażby na chwilę z rozdziawioną z wrażenia gębą. W każdym razie buzię szybko trzeba było zamknąć, aby nie nałykać się błota w czasie kolejnych bliskich spotkań z ziemią.

 IMG_5408

Gdy biegam w terenie nie przepadam za asfaltem, jednak tutaj był on jakże wyczekiwanym zbawieniem, aby chociaż trochę otrzepać nogi z ciężkiego balastu i po raz pierwszy naprawdę cieszyłem się wbiegając nań. Finiszując do pierwszego bufetu rozruszałem trochę mięśnie tempem na połówkę, a nie na bieg górski, oraz uciąłem pogawędkę z innym biegaczem. W Iwoniczu niestety nie było ani śladu słońca i przestałem myśleć tutaj o rozbieraniu, a zamarzyłem wręcz o dodatkowych warstwach odzienia. Mimo krótkiej wizyty na uzupełnienie wody, wciągnięcie buły oraz zabranie herbaty ( pozalewałem sobie rękawice ), orzechów oraz kilku słowach z rewelacyjnymi wolontariuszami, potężnie się wychłodziłem. Podejście z Iwonicza było więc nieprzyjemne, a przez pierwsze kilometry zdrowo trzęsło mnie z zimna ( mokry tyłek, mokre buty, mokre rękawice i mokra bielizna termiczna – bieg po asfalcie spowodował, że ubranie nie było w stanie wyrzucić na zewnątrz potu ). Tutaj po raz pierwszy pomyślałem, że ŁUT150 ma gorzej i nie ma się co użalać, tylko zasuwać do Rymanowa, do którego powracam po 30 latach – jako mały dzieciak byłem tam w sanatorium. W końcu pozbierałem się w sobie i pogoniłem dalej mijając wciąż istniejące „Bistro pod Dębem” i „moje” sanatorium Maria ( chęć przebiegnięcia przez miejsce, w którym byłem w dzieciństwie była kolejnym motywatorem do przyjazdu w Beskid Niski ). Tutaj wciąż jeszcze ścigałem się i kontrolowałem tych mijanych, jak i mijających mnie. W końcu 40 kilometr i po 4h oraz 40 minutach osiągam bufet w Puławach i kolejny błąd czyli zbyt długo delektuję się rewelacyjną zupą dyniową, wypijam dwie gorące herbaty, obżeram ciastkami oraz dobrem wszelakim co zajmuje mi blisko 10 minut, do tego wcześniej ręcznie pauzuję Garmina, przez co tracę rachubę czasu i wydaje i się, że wybiegam z pkt. po 4,5 godzinie ! Tak więc, pojawia mi się myśl, że trzeba przyspieszyć i powalczyć o 8 h. Ruszam szybko pod górę, trzymając się biegacza ze Szczawnicy, który na mecie był ponad 30 minut przede mną…

IMG_5413

Mniej więcej na 45 km niestety skończyło się moje ściganie, a zaczęło mordowanie o dotarcie do mety w Komańczy – początek był jak na te warunki za szybki, a stawy zaczęły mówić DOŚĆ, natomiast wiosenna kontuzja lewego kolana krzyknęła SPRAWDZAM.

Ściany nie miałem od ponad dwóch lat, nie pamiętam czy kiedykolwiek chciałem zejść z trasy, a tutaj miałem tego błota już powyżej uszu. Do tego bolały mnie stawy, to niesamowite jak mnie bolały stawy.

Dlaczego nie zszedłem ???

Bałem się wychłodzenia w oczekiwaniu na transport to raz, a dwa ŁUT150 miał gorzej, o wiele gorzej, pomyślałem po prostu: „k….a to będzie WSTYD jeśli zejdziesz z krótszej trasy, biorąc pod uwagę to co czuje Artur czy inni na dłuższej”.

Moją jedyną motywacją był wstyd, a nie jakieś pierdoły o byciu zwycięzcą. Zwycięzca wygrywa, a nie wypiernicza się w błoto co chwila.

Miałem też wesołe chwile, kiedy myślałem o pchaniu wózka przez te błocko i co by z niego zostało 🙂

Wracając do upadków, podejście na Tokarnię i walę się w kałużę, znów pod górę, w końcu zmiana i kolejny zbieg tym razem do Przybyszewa na ostatni bufet. Bufety i obsługa na nich to temat na samodzielną rozprawkę, krótko mówiąc REWELACJA. Przed zbiegiem zawracam Łemkotrailowicza ( uczestnika biegu Łemko Trail 29 ) na dobrą drogę i puszczam się w dół co kończy się kilkumetrowym dupo zjazdem oraz hamowaniem na drzewie to była już moja piąta gleba. W końcu twardy grunt i mogłem znów zasuwać w dół mimo protestujących jelit, niestety stan moich kończyn dolnych pozwalał mi jedynie na to, że nie dawałem się wyprzedzać zbyt łatwo ( no Łemkotrailowicze to łykali nas na trasie, aż miło ). W każdym razie te ostatnie 15 km to już pilnowanie szlaku, pilnowanie nóg i niekiedy zerkanie na cokolwiek poza błotem – pasące się konie, widok na Chryszczatą oraz oczywiście najróżniejsze odmiany błota o jakich możemy marzyć na tym padole.

Im bliżej Komańczy tym więcej osób na szlaku ( trzy to więcej niż zero ) i informacje o bliskości mety oraz o tym, że już tylko w dół. Tyle, że te „w dół” boli w nogi i pośladki, a chyba bardziej boli w głowę, że nie mogę zbiegać szybko bo po prostu nie dam rady – szybko zbiegałem wcześniej…

W końcu wybiegam na asfalt i pierwsza myśl: „a może by wszystko pierdolnąć i wyjechać w Bieszczady” co dało mi tempo poniżej 6min/km na ostatnich dwóch kilometrach, z tyłu natomiast widziałem granatowy numer startowy i nie miałem zamiaru dać się wyprzedzić – teraz już nie !!!

META !!!!

MEDAL !!!!

ŁUT70 !!!!

IMG_5416

No i miejsce 34 na 165 osób, czyli plan minimum wykonany, do tego szczerze mówiąc obstawiałem się raczej pod koniec tej stawki…

Jeść, pić, zimno, mokro. Na mecie trochę znajomych i pierwsze wrażenie, że kloszard to przy mnie elegant – zdjęcie kiedy stoję po żurek spokojnie można podpisać „pan da”

W końcu po zaspokojeniu głodu ruszyłem po depozyt, następnie kolejny kawałek do szkoły, tam jednak zrezygnowałem z mycia widząc kolejkę pod prysznic. Tutaj nastąpiło najgorsze, czyli próba zdjęcie błotnej zbroi, spakowanie jej do worków foliowych, a byłem tak wyziębiony, że założyłem na siebie wszystko, dosłownie wszystko co miałem ze sobą.

Po powrocie do Chyrowej już tylko jedzenie i piwko, jedzenie i długie rozmowy o minionym dniu.

Edycja 2015 czeka, ale zastanawiam się czy nie wybrać 150 km…

IMG_5435

Na koniec podziękowania dla sklepu Pędziwiatr Białystok za udostępnienie do przetestowania spodenek 3/4 kompresyjnych CEP.