Łemkowyna Ultra Trail 70 czyli powrót w Beskid Niski

Łemkowyna to jeden z tych biegów, na które chce się wracać, ponieważ zostają w głowie i w mięśniach na długo.

Dlaczego tak jest można przeczytać tutaj.

Na początku roku zapisałem się na dystans 150 km, jednak po kilku tygodniach postanowiłem raz jeszcze pobiec 70 kilometrów.

Czy się przestraszyłem ?

Nie, metę raczej bym osiągnął, ale wątpię czy dałbym radę się ścigać na tym dystansie. Co do krótszego byłem niemal pewien, że jestem w stanie pobiec szybciej niż przed rokiem, a nawet powalczyć o wyższą pozycję.

Także zapraszam do lektury jak biegło mi się już drugi raz w Beskidzie Niskim.

W przeciwieństwie do poprzednich biegów ultra jak maraton Karkonoski czy B7D nie robiłem żadnej analizy czasów, profilu trasy czy też założeń. Planowałem jedynie zasuwać od startu do mety i czekać jedynie na moment kiedy ewentualnie mnie odłączy. Połamanie 3 godzin w trakcie maratonu w Warszawie oznaczało zrealizowanie wszystkich założeń na ten sezon i chciałem zamknąć go w jakiś spektakularny sposób, spektakularny oczywiście dla mnie. Do czasu Łemkowyny przez cały październik przebiegłem raptem niewiele więcej niż 100 km, raz że długo dochodziłem do siebie po maratonie, a i duża ilość obowiązków dała mi możliwość dodatkowej regeneracji bez biegania.

W końcu nadszedł czas wyjazdu i po całym dniu za kółkiem znaleźliśmy się wieczorem w Chyrowej. Tam weryfikacja wyposażenia obowiązkowego, kolacja i kolejne 20 km, aż w końcu dotarliśmy późnym wieczorem na nocleg w Iwoniczu Zdroju i dopiero teraz mogłem odpocząć i pomyśleć o sobotnim starcie. Pogoda była zdecydowanie lepsza niż rok wcześniej i właśnie dobór stroju startowego stanowił dla mnie największe wyzwanie – tak, aby nie przegrzać się, ale i nie zmarznąć. Do plecaka zapakowałem dwie kanapki zrobione we czwartek jeszcze w Białymstoku, kilka żeli, 1.5 litra rozgazowanego roztworu coli plus mały bidon na herbatę i kubek soft na picie na punktach odżywczych – w końcu i do nas dociera dobry obyczaj nieużywania jednorazowych kubków.

Po niezbyt dobrze przespanej nocy pobudka przed 5 rano, śniadanie i decyzja odnośnie ubrania na podstawie temperatury ok. 8 stopni panującej na zewnątrz. Dół to długie skarpety kompresyjne + opaski na uda i legginsy 3/4, na górę koszulka termiczna z długimi rękawami kurtka Dobsom, buff i rękawiczki. Po dotarciu na start w Chyrowej postanowiłem jednak odpiąć rękawy kurtki i pozostać w samym bezrękawniku – była to właściwa decyzja i praktycznie na całej trasie nie było mi ani za gorąco, ani za zimno. Jedyna „regulacja termiczna” to rozpinanie i zapinanie zamka pod szyją oraz zakładanie lub zdejmowanie rękawiczek. Pierwsze informacje o mniejszej ilości błota niż w ubiegłym roku spowodowały, że nie brałem również kijków. Buty tym razem idealne na takie warunki czyli Salomon Speedcross, jednak nie pozbyłem się pewnych obaw jeśli chodzi o podbicia.

Początek ŁUT70 2015

Początek ŁUT70 2015

W Chyrowej kilka zdań ze znajomymi, kolejna dwójka i w końcu start. Od początku bez zbędnego zastanawiania się ruszyłem do przodu pilnując jedynie, aby tętno nie poszybowało za bardzo do góry – zasada 160 została jednak gdzieś tam daleko i pierwsze podejście pokonałem przy 165 uderzeniach na minutę. Mimo, że jak wspominałem wyżej nie miałem na ten bieg opracowanej taktyki to jednak planowałem trzymać się pierwszej dwudziestki i wydawało mi się, że tak jest. W przeciwieństwie do B7D ( kiedyś opiszę i ten start ), kiedy rozkręciłem się dopiero w okolicach 30 km tutaj już od początku biegło mi się dobrze i mogłem skupić się na trasie, która na pierwszych kilometrach, podobnie jak rok wcześniej, nie pokazała swojego błotnego oblicza.

Pierwsza dyszka mijała dosyć szybko, nie miałem problemów z nawigacją mimo, że mniej więcej od 4 km biegłem już sam. Po upadku na Śnieżce bałem się zbiegów ( w Krynicy 2 km „zbiegałem” 20 minut ), jednak miękkie podłoże pomogło mojej głowie i nigdzie nie miałem problemów mentalnych z puszczeniem się w dół – a jest to to jeden z moich atutów w górach. Dopiero ma 8 km można było odczuć to z czego słynie ten bieg czyli głębokie i gęste błoto, w którym można zostawić buty. Na zbiegu do drogi łączącej Duklę z Tylawą, a przed mozolnym podejściem na Cergową zaliczam, mniej więcej w tym samym miejscu co ubiegłej jesieni, pierwszą glebę. Szybkie otrzepanie z błota i płaski kawałek, gdzie widzę kilkaset metrów z przodu osobę przede mną i mniej więcej tyle samo z tyłu kolejnych biegaczy.

Przeskakuję przez drogę i wpadam na Janusza, który informuje mnie, że jestem piąty.

„Piąty… ? O kutwa chyba lekko przesadziłem”

W głowie od razu tysiąc myśli z pytaniem kiedy mnie odetnie, ale również że fajnie byłoby nie wypaść poza pierwszą dwudziestkę, co ja tu robię i czy początkowe 10 km w 55 minut to trochę nie za szybko i podobne pierdoły.

W tym momencie zacząłem też kalkulować – podejście na górę Cergową może zabrać mi sporo sił, więc pójdę pod górę nawet nie swoim tempem, a ciut wolniej, mimo że nie mam problemu z wyprzedzaniem na podejściach. Potem będzie długi zbieg i spory kawałek asfaltu do Iwonicza gdzie będę miał okazję wypruć się z sił. Zaczynam więc powolną wspinaczkę i zajadam pierwszy żel.

W górę, w górę, w górę…

Jest krzyż potem zakręt, kolejny zakręt i co jakiś czas ktoś mnie mija, dalej w górę, w końcu miejsce, gdzie rok wcześniej przyroda zgotowała nam niezwykły pokaz swoich możliwości i już zaraz znów będzie można puścić łydkę.

Zbieg ŁUT70 2015

Zbieg ŁUT70 2015

Zgodnie z przewidywaniem na zbiegu wyprzedzam osoby, które minęły mnie na podejściu i znów wypadam na asfalt. Na drodze do Iwonicza pędzę nawet poniżej 4 minut na kilometr – w Speedcrossach jest to doświadczenie przypominające chyba jedynie biblijne stąpanie po wodzie i mijam większość osób, które spotkałem wcześniej. Sił dodaje mi myśl o punkcie odżywczym oraz urodzie Iwonicza Zdroju.

Bufet tym razem zlokalizowany jest w amfiteatrze, tutaj obsługa ( organizatorzy Ultramaratonu Podkarpackiego ) szybko nalewa mi gorącą herbatę, wyciąga kanapkę z plecaka i wkłada mi ją do ręki, w kubek cola, słyszę jeszcze z głośników swoje dane, żegna mnie fajna muza i wychodzę zażerając bułę. Posiłek znika błyskawicznie w brzuchu i biegnę jeszcze przez miasteczko do następnego podejścia w stronę Rymanowa, które to miasto programuję jako 30 km, a w głowie pojawia się wspomnienie z dziecięcego pobytu tamże oraz przypomina mi się jak potwornie marzłem tutaj w dłonie w roku ubiegłym.

Biegaczy wokół jak na lekarstwo, mimo to udaje mi się zamienić z kimś kilka słów. W lesie za to sporo grzybiarzy, mniej błota, nie ma problemu z nawigacją jedynie brakuje mi czasu na podziwianie widoków, a w głowie zaczyna już migać lampka, że mam szansę na wysokie miejsce i warto biec szybciej niż po prostu biec, aby dobiec.

Jest Rymanów Zdrój, gdzie dopingują nas mieszkańcy tego uzdrowiska ( dziękuję ), kubek wody w dłoń, kolejny żel, a za mną numer 607, który już od dłuższego czasu siedzi mi na plecach i co jakiś czas ja jestem przed nim lub on przede mną.

Rymanów ŁUT70 2015

Rymanów ŁUT70 2015

Wybiegając z miasteczka programuję kolejne 5 km po pokonaniu których będzie już za mną połowa trasy. Chyba za bardzo skupiłem się na tym programowaniu bo lewa kostka leci w bok, ale na szczęście poza niewielkim bólem nie spotyka mnie nic złego. Mniej więcej w okolicach 35 kilometra znowu wypadam na drogę i zaczyna się uklepywanie asfaltu do Puław, gdzie na 40 km był kolejny bufet – bufet z zupą dyniowią!!!

Ten pięciokilometrowy kawałek asfaltu to zbiegi, podbiegi gdzie znów kogoś mijam, oddalam się od cienia z numerem 607, jednak kolejna osoba przede mną ciśnie równie mocno i nie udaje mi się do niej za bardzo zbliżyć.

Puławy Górne ŁUT70 2015

Puławy Górne ŁUT70 2015

W Puławach oczywiście przyjęcie jak w najlepszym hotelu, oddaję plecak i dostaję uzupełniony bukłak, znów herbata do małego bidonu, rzucam się na pomarańcze w międzyczasie udzielając krótkiego wywiadu dla TVP – tutaj można obejrzeć relację z Łemkowyny.

Puławy Górne ŁUT70 2015

Puławy Górne ŁUT70 2015

Z bólem serca rezygnuję z zupy – za gorąca, buła łapę i myślę głośno WON STĄD !!!

Wylatując słyszę na pożegnanie, że jestem siódmy, strata 2 pozycji na przestrzeni 30 km – mogło być lepiej, ale mogło też być gorzej. Maszeruję zażerając ostatnią z moich kanapek, a w międzyczasie układam sobie w głowie długie podejście na Kiczerę oraz wizualizuję zbieg do ostatniego bufetu na 55 kilometrze – kolejne 15 km zaprogramowane. Staram się nie myśleć o moich stopach, większość nawierzchni jest miękka, mimo to jednak cienka podeszwa w tym butach i moje szybkie tempo sprawia, że odczuwam nie tyle dyskomfort co zwyczajny ból.

Puławy ŁUT70 2015

Puławy ŁUT70 2015

Kolejne kilometry to zwykły bieg, podejścia, zbiegi i zajmowanie głowy myśleniem o tym co w domu i jak idzie chłopakom na długim dystansie, a także jak daleko za mną jest reszta lecąca również trasę 70 km. W którymś momencie z tyłu słyszę hałas i zza drzewa wybiega nr 607 !!!

„No kurde, kilometry mijają, a on wciąż siedzi mi na plecach” – w rzeczywistości moje słowa wyrażające tę myśl nie nadają się do cytowania 😛

Na szybko analizuję to co działo się do tej pory:

Płaskie elementy trasy i podbiegi – tutaj jest naprawdę mocny i nie jestem w stanie mu uciec i zawsze, albo trzyma się tuż za mną, albo wyprzedza. Jak jest dobry dowiaduję się dopiero w Komańczy, gdzie w rozmowie na mecie Marek oznajmia mi, że swoje PB w maratonie wybiegał na poziomie 2:40 :-O

Zbiegi tu gorzej – nawet na asfalcie udaje mi się go znacznie odsadzić nie wspominając o terenie, ale z drugiej strony może to być tylko gra i oszczędza się na koniec.

Co postanawiam ?

Po pierwsze sprawdzę go na zbiegu z Tokarni do Karlikowa, gdzie mieścił się ostatni bufet na 55 km trasy. Długi ponad kilometrowy stok, na którym nieźle można się rozpędzić i naprawdę pozwala poczuć jak boli zbieganie. W tym momencie dowiem się jak biegnie w dół. Po wyjściu z bufetu będzie mozolne podejście i sporo kilometrów gdzie nie ma jak uciec z pola widzenia osoby, która cię goni. Zdecydowałem się zaryzykować i starać się biec bez względu na to czy jest płasko czy pod górę bowiem zaczynam wierzyć w miejsce w pierwszej dziesiątce i mam ochotę powalczyć o jak najwyższą lokatę. W ostateczności pozostają mi ostatnie kilometry w dół do Komańczy, ale liczę na to, że zaskoczę go uciekając na odcinkach, na których zawsze mnie dochodził i zdaje sobie sprawę, że jest tam silny.

Knowania, knowaniami, ale w międzyczasie tak się zasłodziłem aż poczułem w gardle pełen zestaw soków żołądkowych – szybki „twix”  i skończyły się na szczęście jakiekolwiek dolegliwości z przewodu pokarmowego.

Wilcze Budy ŁUT70 2015

Wilcze Budy ŁUT70 2015

W okolicach Wilczych Bud gubię kubek Salomona, w związku z tym daję się po raz kolejny wyprzedzić Markowi – nr 607, dochodzi mnie również nr 718, którego z głupia frant pytam o kubek i o dziwo znalazł go kilkaset metrów wcześniej – w ramach podziękowań nie goniłem go i mógł spokojnie wpaść na metę na ósmej pozycji 😉

Następnie podejście na Tokarnię, gdzie rok wcześniej dwukrotnie kąpałem się w kałuży i w końcu zbieg, który zacząłem od zjazdu w błocku. Szybkie ogarnięcie brei z twarzy oraz rąk i lecę w dół, tak dosłownie lecę w dół – nie myślę o niczym tylko cieszę się chwilą, choć czwóreczki bolą czy też pieką, uogólniając to nie są zadowolone, ale mniejsza z tym 😉

Zbieg do Karlikowa ŁUT70 2015

Zbieg do Karlikowa ŁUT70 2015

Tam zgodnie z przewidywaniem wpadam grubo przed 607 i tuż za 718, który szybko wylatuje z punktu słusznie dopingowany przez kogoś, aby uciekał z mojego pola widzenia. Tracę tutaj trochę czasu na uzupełnienie płynów, a przede wszystkim na zmycie z twarzy i rąk grubej warstwy błota, zdecydowanie za długo ale cóż…

Od tego momentu trasa zaczęła przypominać tę ubiegłoroczną i w pewnych miejscach miałem sporego pietra, że ześlizgnę się w dół do koryta rzeczki. Ostatnie 15 km przede mną i wiara w dobre w miejsce, zaczynam spokojnie wiedząc, że miałem sporą przewagę nad znów goniącym mnie nr 607 i pewnie przez ten spokój straciłem również szansę na dogonienie osoby przede mną. Podbieg się kończy jest las, następnie wybiegam na łąkę z której roztaczał się bajeczny widok na pasmo Chryszczatej, niestety po koniach pasących się tutaj rok wcześniej, ani śladu…

Koni nie było, za to obecność Marka wyczułem podświadomie i pomyślałem, że „k…mać nie dasz mi w spokoju dobiec do mety, a ja ostatnie 10 kilometrów będę musiał biec, zamiast marzyć o „pierd… wszystkiego i wyjechaniu w Bieszczady”. Teraz zaczęło się prawdziwe piekło dla nóg, bo nadzieja na łatwy finisz odjechała ( w zasadzie to dobiegła z tyłu ), a ja nie chcę już dać się komukolwiek wyprzedzić.

Do tego momentu nie wiedziałem, że jestem w stanie zapychać pod górę w okolicach 60 km w tempie 6 km/min i tak byłem skupiony na napieraniu, że mało brakowało abym pomylił trasę.

Dopiero przed opuszczeniem otwartej przestrzeni odwróciłem się i…

Nie zobaczyłem nikogo !!!!

jasna cholera NIKOGO – moja taktyka przyciśnięcia w miejscu, w którym przeciwnik zdawał się być teoretycznie mocniejszy ode mnie zagrała idealnie.

Teraz kiedy do mety dzieliło mnie mniej niż 8 km i to praktycznie tylko w dół wiedziałem, że muszę sobie jedynie połamać kulasy, aby ktoś mnie wyprzedził. Mimo zmęczenia były to znów szybko pokonywane kilometry kiedy miałem czas cieszyć się samotnym biegiem bo dopiero przed samą Komańczą spotkałem pierwszą żywą duszę, od której usłyszałem, że mam do mety niecałe 2,5 km. Bez zbędnego koloryzowania mogę napisać, że biegłem w totalnej euforii również z tego powodu, że przestały mnie blokować jakiekolwiek obawy przed upadkiem na zbiegu i mam nadzieję, że tak zostanie już na zawsze.

Zbieg ŁUT70 2015

Zbieg ŁUT70 2015

Ostatnie kilometry w tempie niewiele wolniejszym niż 5 min/km ( rok wcześniej musiałbym chyba jechać rowerem, aby takowe utrzymać ), w końcu asfalt i ostatnia prosta w stronę mety szosą w Komańczy, gdzie jeszcze dociskam uciekając przed drugim zawodnikiem w Łemko Maratonie ( ot dureń ze mnie przecież widziałem inny kolor numeru ). Jakieś 500 metrów przed metą czuję, że zaczyna łapać mnie skurcz lewej łydki: „k… tylko nie teraz” i moje błaganie zostało wysłuchane, bowiem dopiero po godzinie, gdy się przebierałem, ścięło mnie od palców stopy, aż do uda, ból był tak silny, że dosłownie zwaliłem się na ziemię.

Na metę wpadam półtorej godziny szybciej niż w roku ubiegłym, jest medal i kolejne zaskoczenie w postaci 9 pozycji open !!!!

Na mecie ŁUT70 2015

Na mecie ŁUT70 2015

Radość, szczęście, zadowolenie, niedowierzanie – wszystko naraz, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w pierwszej 40-tce były tylko dwie osoby starsze ode mnie no i do najbliższych gór mam jakieś pół tysiąca kilometrów.

Jedzenie, piwko ukryte w depozycie – w końcu to już Bieszczady, a więc musiał to być Wetliner i kolejne z baru… Miałem być kierowcą, ale pomyślałem że ten który mnie zastąpi zrozumie moją chęć do tego trunku w tym dniu – dzięki Wojtek i przepraszam 😛

Wetlina ŁUT70 2015

Wetlina ŁUT70 2015

Strefa mety tym razem zorganizowana o niebo lepiej niż rok temu – na miejscu depozyty, miejsce do przebrania, prysznice ( plus transport do szkoły, gdzie były noclegi ), leżaki, ciepła pościel itd.

Tak mi się spodobało, że spędziłem tam jeszcze 6,5 godziny 😉

W pościeli ŁUT70 2015

W pościeli ŁUT70 2015

A tak naprawdę to czekaliśmy na ostatniego z nas na mecie, przez co załapaliśmy się dopiero na transport do Chyrowej o godzinie 21, a do łóżek położyliśmy się po 24. Warto jednak było pogadać ze starymi i nowymi znajomymi, pogratulować sobie z Markiem walki na trasie, posłuchać muzyki, oklaskiwać zwycięzców klasyfikacji krótszych biegów i popić piwko z okazji zakończenia sezonu biegowego.

Niesamowite było też widzieć finisz zwycięzcy biegu na 150 km. Szkoda, że nie dane nam było przywitać kolegów z Białegostoku również walczących na tym dystansie.

Podsumowując.

Czas 7 godzin 28 minut, miejsce open 9 ( na 302 osoby, które ukończyły w limicie ), drużynowe miejsce tuż za podium na 32 zgłoszone drużyny.

Mimo, że warunki zdecydowanie lepsze niż w ubr to Beskid Niski potrafi dać w kość. Bieg w moim wykonaniu nieporównanie lepszy, sam jestem zaskoczony, że przez prawie 70 kilometrów jestem w stanie biec i to biec w tempie, które pozwoli mi wpaść do pierwszej dziesiątki ( chociaż zawody w Karkonoszach powinny już mi wskazać, że jest to realne ). Rok wcześniej regenerowałem się po Łemkowynie ( stawy, kostki ) ponad 2 tygodnie, teraz gdyby nie zaplanowane wcześniej roztrenowane mógłbym machać kilometry już po kilku dniach – wróciłem w niedzielę za kierownicą do Białegostoku, rok wcześniej nie byłem w stanie.

Garmin ŁUT70 2015

Garmin ŁUT70 2015

W bufetach straciłem łącznie 10 minut ( wliczając w to herbatę na Wilczych Budach ) i było to zdecydowanie za długo ( więcej niż strata do miejsca szóstego włącznie ), skrócenie tego czasu wymaga ode mnie lepszej determinacji, oraz zmiany bukłaka w plecaku na odkręcany i wyrobienia nawyku napychania żarcia do kieszeni, a nie do gęby. Stopy jedynie zbolałe, brak jakichkolwiek ran czy też odcisków.

Meta ŁUT70 2015

Meta ŁUT70 2015

No i zbiegi, zbiegi i jeszcze raz zbiegi – im lepiej zbiegam tym wyżej jestem, w B7D miałem z tym problem mentalny i one kosztowały mnie najwięcej pozycji w klasyfikacji generalnej, 20 minut to ja mogę podchodzić 2 km na halę Przechyba, a nie schodzić w dół do Szczawnika 🙁

Biorąc pod uwagę moje ostatnie jesienne starty widzę jak wiele dało mi bieganie z Igą w wózku i jak wartościowy jest to dla mnie element treningowy biorąc pod uwagę jedynie aspekt biegowy. Bo aspektu rodzinnego nie da się tutaj w żaden sposób pobić, no i muszę podziękować Małżonce, że nie bała się powierzyć mi Igi nawet na długi czas w niekoniecznie komfortowych warunkach pogodowych 😉

Zdjęcia pochodzą od:

Magdalena Poźniewska

Karolina Krawczyk

M.Silka i Tomasz Silka

Aga Dyziowa

Piotr Dymus

brandity.pl by Paweł Kosiba

runandtravel.pl

RunAdventure – Biegowa Przygoda, dzięki aktywnynadgarstek.pl