Bieg wysokogórski im . dh F. Marduły i MP Skyrunning

W ubiegłym roku mimo, że miałem brać udział w biegu to z przyczyn losowych nie udało mi się dotrzeć na start. W tym roku mimo pozytywnego wyniku w losowaniu miejsc w całym GP Sokoła, zrezygnowałem z udziału, ponieważ kilkanaście dni wcześniej miałem biec 111 km na Węgrzech. Tym razem na Węgry jednak nie dotarłem, a wystartowałem w Tatrach.

Ze startu w Ultra Trail Hungary musiałem zrezygnować z powodu choroby mojej „wózkowej” latorośli. Także w momencie kiedy małżonka zaproponowała, abyśmy gdzieś pojechali na długi weekend to kierunek południowy wydał się jak najbardziej właściwy ( zwłaszcza, że Kościelisko to praktycznie nasz drugi dom ), również i z tego powodu, że udało mi się odkupić pakiet na bieg, który pozostawał w moich marzeniach i niezrealizowanych planach już od kilku lat.

Trasa jest mi doskonale znana z wielu wycieczek, czy to samemu, ze znajomymi, albo dziećmi – w zasadzie to do czwartku z dzieckiem. Do czwartku dlatego, ponieważ postanowiłem zejść z Kasprowego z Igą w nosidle, raz aby zapoznać się z podłożem, a dwa ponieważ ten akurat szlak zawsze pokonywałem w odwrotnym kierunku. Mała przeżyła zejście, aczkolwiek dala mi wyraźnie do zrozumienia, że bieg akceptuje jedynie w wózku, a co do nosidła to możliwy jest tylko i wyłącznie marsz.

Kasprowy z Igą

Kasprowy z Igą

Wyjazd weekendowy z rodziną to zdecydowanie wycieczki i ganianie między nieckami basenów termalnych, także wypoczynek przed biegiem nie jest możliwy, ale z drugiej strony nie walczę o medale, więc po co odpoczywać…

Praktycznie do sobotniego poranka wahałem się nad wyborem butów, czy biec w Salomonach – które niezbyt nadają się na skałę, czy też w cięższych Adidasach. Chęć urwania kilku minut, masa buta i dystans ( 32 km ) przeważyły szalę na korzyść modelu Speedcross, jednak po 25 km zdałem sobie sprawę, że nie była to właściwa decyzja.

Biegłem oczywiście z plecakiem i bukłakiem – zapowiadał się upał, a nerka nie jest dla mnie zbyt komfortowa ( w pakiecie do wyboru była czapka lub nerka Dynafit plus koszulka techniczna tejże firmy ). W bukłaku „25% roztwór rozgazowanej coli” plus na drogę kilka żeli, a na głowę czapka – nie lubię, ale te słońce.

Rano o dziwo udało mi się nie pobudzić rodziny ( wstałem kilka minut przed piątą ), śniadanie i poranne obowiązki, a potem w spokoju zaparkowałem samochód obok Parku Niepodległości – 100 metrów od Krupówek, a miejsce kompletnie inne. Tu muszę wspomnieć, że niezwykle rzadko bywamy w centrum Zakopanego ( unikamy tego wręcz ) i mimo, że bywamy pod Tatrami kilka razy do roku, niedawna zmiana tego miejsca nam umknęła – polecam zwłaszcza z dziećmi, do tego można tu zacnie zjeść bez „krupówkowych” tłumów oraz zapachów 😉

Przed startem kilka słów o zagrożeniach ( trasa tak jak w roku ubiegłym omijała Świnicką Przełęcz ), błogosławieństwo od miejscowego księdza i skropienie głów wodą święconą, potem start honorowy z Placu Niepodległości i w okolicach 7 start ostry z Krupówek.

Na początek 3 kilometry asfaltem w stronę Kuźnic – rozgrzewki nigdy za wiele. W końcu skręt w lewo i pierwszy z wielu tego dnia podbiegów, a w zasadzie nie podbieg, ale szybki marsz pod górę. W tym miejscu jest jeszcze dosyć tłoczno, a to że szlak na Nosal jest wąski to nie ułatwia to w żaden sposób wyprzedzania. Do tego na podejściu też łatwo jest się potknąć. W końcu po osiągnięciu szczytu pierwszy zbieg do Kuźnic. Nogi, a przede wszystkim pośladki jeszcze świeże, mimo to zlatuję asekuracyjnie, aby nie zakończyć swojej przygody z biegiem już w tym miejscu.

dolina Białego 2 fot. Małgorzata Behounek

Zbieg fot. Małgorzata Behounek

W Kuźnicach łyk wody i szybko do doliny Jaworzynki, która łagodnie pnie się do góry co umożliwia nie tylko szybki marsz, ale i bieg. Szlak ten przemierzałem wielokrotnie i pamiętam, że mniej więcej w połowie zaczyna się strome i mozolne podejście na przełęcz między Kopami, którą osiągam dosyć szybko – nigdy nie miałem problemu pod górę, a teraz setki kilometrów SB z wózkiem dodatkowo jeszcze procentują.

Podbieg fot. Biegi Sokole

Podbieg fot. Biegi Sokole

Dalsza część trasy prowadzi łagodnie w dół w stronę Murowańca i niestety najpierw na drobnych kamieniach, a później na głazach zaczynam odczuwać cienką podeszwę butów biegowych. Oczywiście część osób, które wyprzedziłem na podejściu mija mnie w dół. W okolicach schroniska pojawiłem się po godzinie z minutami, a więc do limitu 2 h został mi potężny zapas. Tutaj znów kilka łyków wody, parę kostek czekolady, pierwszy żel i jazda w stronę Czarnego Stawu.

Początek u podnóża Małego Kościelca jest prawie płaski, dopiero później zaczyna wznosić się na próg Czarnego Stawu – po raz pierwszy w tym miejscu nie wypatruję tablicy poświęconej M. Karłowiczowi w miejscu jego śmierci, tylko patrzę pod nogi, aby nie połamać kulasów. Na zbiegu na halę Gąsienicową po raz pierwszy udaje mi się opanować lewą nogę, która wykrzywiła się niebezpiecznie na bok ( lewa kostka ). W końcu jest Czarny Staw, jak zwykle w jego tafli odbijają się szczyty wokół, szybkie myśli że w lewo na Granaty, prosto na przełęcze, a ja w prawo na Karb i wiem, że będzie to kolejne podejście gdzie mogę powalczyć o miejsce w stawce.

Czarny Staw fot. Biegi Sokole

Czarny Staw fot. Biegi Sokole

Dodatkowo mam z tymi okolicami masę wspomnień ( zabłądzenie w warunkach zimowych, wizyta z Polą dwa lata wcześniej, itp. ), które pozwalają zapomnieć o sercu podchodzącym do gardła. Mijając kolejne osoby osiągam grań – tam gdzie po prawej i lewej stronie ma się przepaść to dla mnie esencja biegania w górach. Szybki rzut oka na Kościelec i puszczam nogę w stronę Czerwonych Stawków Gąsienicowych. Oczywiście „puszczam nogę” asekuracyjnie, bo gdy tylko za bardzo chciałem się rozpędzić znów wykręcam kostkę, na szczęście po raz kolejny udaje mi się w porę to zamortyzować. Tradycyjnie już ze spokojem podchodzę do tych co lecą w dół szybciej ode mnie, albowiem pamiętam o podejściu na przełęcz Liliowe spod dolnej stacji krzesełek – 300 metrów w górę na długości 1,5 km.

Pola na grani Kościelców

Pola na grani Kościelców

Palące słońce nie ułatwia podejścia, ale rzeczywiście pod górę nadrabiam stracone metry, a także udaje mi się wyprzedzić kolejne osoby, zaliczam też glebę co powoduje, że zamiast gapić się wokół znów zaczynam obserwować czubki butów. W końcu widać grań, a na niej biegaczy, którzy lecą w stronę Beskidu i Kasprowego jest również coraz więcej ludzi z racji bliskości kolejki linowej. Doping staje się większy, a ja żałuję, że nie dane jest mi biec od Świnickiej Przełęczy, powtórzę się po raz kolejny, ale właśnie bycie na grani to dla mnie praktyczne tłumaczenie terminu skyrunning 😉

Na grani fot. In Art Radosław Denisiuk

Na grani fot. In Art Radosław Denisiuk

Tymczasem wbiegam na Beskid i cisnę w stronę Kasprowego, w międzyczasie słyszę, że jestem 76 co wprawia mnie w dobry nastrój, ale i powoduje obawy, że na zbiegu z Kasprowego mogę wylecieć poza pierwszą setkę. Z drugiej strony pal licho miejsce, wciąż stoi mi przed oczami zdjęcie z przed bodajże 3 lat – plama krwi na kamieniach, pośród której bieleją zęby – brrr…

Po drodze łyk wody, czekolada i jest Kaspro ( doping ), skręcam w lewo i prawie kilometr w dół na długości 6 kilometrów. Najpierw dosyć stromo z kamienia na kamień ze schodka na schodek – typowa ceprostrada z pewnością nie budowana z myślą o biegaczach. Tutaj też dało znać doświadczenie w zbieganiu, dwie kobiety przemknęły obok mnie jak burza, pozostawiając za sobą jedynie trochę kurzu. W którymś momencie zatrzymuję się przy leżącej osobie i pytam czy nie potrzebuje pomocy, okazało się że ratownicy są już zawiadomieni, a on nie może się ruszyć z powodu wykręconej kostki. Im niżej tym szybciej biegnę, niestety czuję, że moje podeszwy praktycznie już nie istnieją, w zasadzie nie bolą mnie jedynie pięty.

Beskid fot. Adam Kokot Adventure Photos

Beskid fot. Adam Kokot Adventure Photos

Adrenalina powoduje jednak, że od Myślenickich Turni zasuwam jeszcze szybciej i od tego momentu to ja zaczynam po raz pierwszy wyprzedzać na zbiegach. Nie dziwię się turystom podchodzących na Kasprowy, że uciekali na boki napotykając co jakiś czas ( stawka była już dosyć rozciągnięta ) wariatów pędzących w dół z wyrazem bólu na twarzach i wydających z siebie dziwne okrzyki, westchnienia czy bluzgi przy każdym nierozważnym kroku. W końcu po 30 kilku minutach Kuźnice, w biegu wyciskam żel, łapię kubek z wodą i do góry w stronę Kalatówek.

A z moich ust słyszę „o ja pierd…”

Droga ta jest wyłożona kamieniami i nawet kiedy stopy nie są wymęczone biegiem to przejście nią stanowi naprawdę marną przyjemność. Jakieś 20 lat temu przejechałem tamtędy rowerem górskim i mimo amortyzacji rozhuśtane wtedy zęby do dzisiaj nie chcą mi siedzieć na swoich miejscach 😉

Na szczęście po niecałym kilometrze odbijaliśmy w prawo, w stronę doliny Białego ( rzadko bywam w dolinkach reglowych i zapomniałem już jak jest w nich pięknie ), znów podejście – ostatnie i tutaj zaczynam spoglądać za siebie. Ścieżka prowadzi góra-dół, w prawo-lewo, mostki, zakręty, powalone drzewa jest naprawdę fajnie i jedynie podeszwy przypominają mi jak bardzo chcę już być na mecie. Upał też daje się we znaki, dobrze że starałem się oszczędzać colę w bukłaku bo na tych ostatnich kilometrach cukier naprawdę się „krzepił”.

Dolina Białego  fot. Małgorzata Behounek

Dolina Białego fot. Małgorzata Behounek

W dolinie sporo ludzie także trzeba było uważać nie tylko na siebie, ale i na to aby kogoś nie stratować, zwłaszcza tych którzy poza swoim bambrem i puszką piwa nie widzieli nic więcej. W końcu dolina Białego się kończy i pozostało już tylko niecałe dwa kilometry asfaltu do mety. Osoby przede mną nie byłem w stanie dogonić, ale też nie miałem już zamiaru dać się wyprzedzić. Ostatni kilometr mimo bólu stóp, efektu pływania butów na asfalcie oraz zmęczenia pokonałem w tempie 4:19 i zameldowałem się na mecie na 70 pozycji co było dla mnie niemałym zaskoczeniem, oczywiście in plus z czasem 4 godziny 11 minut. Niewiele później ode mnie finiszował kolejny białostoczanin, czyli Piotr Dederko.

Plac Niepodległości po biegu

Plac Niepodległości po biegu

Miło było też usłyszeć od prowadzącego kilka miłych słów odnośnie mojego miejsca pochodzenia dosyć daleko od najbliższych gór. W nieoficjalnej klasyfikacji ceprów byłem 8. Bieg ukończyło 279 osób, do mety nie dotarło blisko 50 osób co też świadczy też o jego trudności. Na mecie makaron, słodkie bułki, woda, banany i niemiłosierne słońce, przydałaby się w tym momencie głębsza i większa fontanna, ale i ta musiała wystarczyć. Spotykam też poznanego kilka tygodni wcześniej Jakuba z Poznania, który przyjechał kibicować bratu.

Plac Niepodległości chłodzenie w fontannie

Plac Niepodległości chłodzenie w fontannie

Podsumowując. Świetny bieg i mam nadzieję, że uda mi się następnym razem zaliczyć całe GP Sokoła. Niestety moje stopy ucierpiały jak zwykle przez niewłaściwą, ale świadomą decyzję odnośnie doboru obuwia ( na szczęście podeszwy szybko się regenerują ), nogi rewelacyjnie zniosły przewyższenia ponad 2000 metrów i nie miałem żadnych dolegliwości ze strony mięśni, a zwłaszcza pośladków – m. gruszkowate, kiedy w ubiegłym roku miałem dosyć duży problem z posadzeniem ich na czymś twardym :-P.

Medal

Medal

Jak widać bieganie z wózkiem zapewnia naprawdę wszechstronny trening.

Medal

Medal

Dziwi brak zainteresowania ludzi obecnych w Zakopanem biegiem w randze Mistrzostw Polski, mimo obecności osoby będącej w ścisłej europejskiej czołówce w biegach górskich ( M. Świerc ), jak widać wszystko przegrywa z najpośledniejszym nawet wydarzeniem w ramach szeroko pojętej piłki nożnej.

Następnego dnia miałem wielką ochotę na bieganie z wózkiem do Morskiego Oka i powrót ( nie udało mi się nabyć pakietu na Bieg im. hr Zamoyskiego ), na szczęście Pola tego dnia postanowiła zdobyć Giewont.

Z Polą na Giewoncie

Z Polą na Giewoncie

Dobrze się stało, ponieważ tego dnia moje kostki absolutnie nie nadawały się do biegania, zwłaszcza w kontekście kilkugodzinnego/nocnego powrotu do domu.

Na koniec łyżka dziegciu w stronę uczestników zawodów, bo o ile rozrzucanie opakowań po żelach w okolicach punktów odżywczych jest w jakiś sposób usprawiedliwione ( wolontariusze posprzątają ) to wywalenie ich na chama gdziekolwiek i to na terenie Parku Narodowego jest dla mnie zwykłym debilizmem. Niestety śmieci tych było naprawdę dużo – jak widać stonka to stonka bez względu na to co robi w górach 🙁

Zdjęcia pochodzą od:

Zakopiański Weekend Biegowy z Sokołem

p. Małgorzaty Behounek

Adam Kokot Adventure Photos

In Art Radosław Denisiuk