37 Maraton Warszawski – czyli nie dali pobiec z wózkiem…

Dwa tygodnie wcześniej stówka w Beskidach, tydzień wcześniej dyszka z wózkiem poniżej 40 minut, w nocy z piątku na sobotę otrzymuję mailem informację, że nie mogę pobiec z Igą w wózku.

Wychodzi, że będę biegł sam, a skoro sam to trzeba powalczyć o złamanie w końcu tych cholernych 3 godzin, ale bardziej niesprzyjających okoliczności to chyba już nie było…

Kilka miesięcy wcześniej planowaliśmy rodzinny wyjazd do Budapesztu, celem miał być debiut maratoński Igi w wózku. Otrzymaliśmy deklarację, że nie będzie problemu, abym pobiegł z joggerem. W międzyczasie jednak plany nam się zmieniły, również pod wpływem informacji, że 37 edycja Maratony Warszawskiego będzie ostatnią z metą na Stadionie Narodowym. Przyznaję się, że zapytałem o możliwość startu w ostatniej chwili, tym bardziej, że Regulamin dopuszczał start z wózkiem pod warunkiem uzyskania zgody Organizatora co wydawało mi się formalnością, zwłaszcza oglądając w pierwszym numerze „Ultra” zdjęcie Piotra Sawickiego z dwójką dzieci w wózku w trakcie MW. Zgody takiej jak pisałem wyżej jednak nie otrzymałem – rozumiem i akceptuję ( jestem regalistą, więc nie wyobrażam sobie biegu „na lewo” ), niestety powodu braku takowej nie rozumiem i nie akceptuję, cytat poniżej:

„Niestety zgoda nie została udzielona. Prawo takiego biegu jest przyznawane tylko w szczególnych wypadkach, czyli na przykład biegu z dzieckiem niepełnosprawnym.”

W moim mniemaniu lepiej było napisać „nie bo nie” lub też zasłonić się kwestiami bezpieczeństwa. Nie mówiąc o kategorycznym braku zgody na udział biegaczy z wózkami biegowymi ( jak np. w przypadku maratonu w Nowym Jorku ). Niestety ta odpowiedź sugeruje, że albo rodzice dzieci niepełnosprawnych mają czuć się wyróżnieni z tego powodu, albo ja „ukarany” przez fakt iż moje dziecko jest pełnosprawne.

To takie moje subiektywne odczucie nie mające absolutnie żadnego wpływu na niezwykle wysoka ocenę ( jak zawsze zresztą ) samego biegu, jego organizacji czy też wszystkiego co łączy się z tzw. weekendem maratońskich również w porównaniu do największych imprez tego typu w Europie, w których dane mi było uczestniczyć.

Oczywiście najbardziej zadowolona z tego faktu była moja małżonka „jeszcze mi dzieciaka przeziębisz”, Idze to najzwyczajniej zwisało 😉

Dziecko i wózek

Dziecko i wózek

Tegoroczny wrzesień obfitował głównie w kilometraż startowy, także ostatni do tego mocny trening zrobiłem we wtorek – 15 kilometrów z wózkiem w tempie 10 sekund szybszym niż docelowe maratońskie, potem już tylko odpoczynek i tradycyjnie piątek przed startem 12 godzinna szychta w pracy. W tygodniu przed, darowałem sobie również wymysły z dietą białkową, a zwyczajnie zaspokajałem swój głód rezygnując jedynie całkowicie z cukrów prostych ( ciasto do kawki ), próbowałem się wysypiać, ale też różnie z tym bywało. Jestem sową, a więc obojętnie ile bym spał jeśli muszę wstać przed 7 rano ( jak co dzień ) to i tak jestem niewyspany. W nocy z piątku na sobotę walałem się chyba do 3 w końcu jakoś zasnąłem.

37 MW - racebook

37 Maraton Warszawski – racebook

Przed południem meldujemy się na Pradze kilkaset metrów od startu i od razu zaczynam odpoczynek przed maratoński czyli spacer po Expo, potem Muzeum Powstania Warszawskiego, odbiór małżonki z innego końca miasta, kolacja, deser w cukierni i dopiero koło 19 zacząłem szykować się do startu.

Wieczór ułożył się tak fajnie, że już po 20.00 leżałem z książką w łóżku i czekając na sen oraz delektując się ciszą – okna wychodziły na Port Praski mogłem w końcu odpocząć. Niewielka odległość od startu spowodowała również, że jedynie dla formalności nastawiłem budzik na kilka minut po 7.

37 Maraton Warszawski - odpoczynek przed

37 Maraton Warszawski – odpoczynek przed

Zasnąłem dosyć szybko i była to chyba jedna z najlepiej przespanych przeze mnie od dawna nocy – mimo, że gdzieś w tle chrapała zabrana na pomoc teściowa, a obok wierciła się Pola dla której była to jedna z najgorszych nocy. Ja w każdym razie spałem rewelacyjnie i myślę, że miało to ogromny wpływ na mój niedzielny bieg. Obudziłem się sam około godziny 7, na śniadanie nieśmiertelna bagietka z dżemem jagodowym plus herbata i jak zwykle wiaderko kawy, wszystko pochłonięte bez pośpiechu z książka w ręku, potem dwójeczka x 2 ( biorąc pod uwagę moje londyńskie przygody napawało to optymizmem ), zabawa z Igą i około 8.30 udałem się na start.

Jako rozgrzewkę potraktowałem trucht w stronę stacji Stadion, potem kilka przebieżek, gimnastyka, rozciąganie, piątki ze znajomymi i mogę ruszać. W głowie miałem zupełną pustkę – totalny luz bez żadnych myśli czy też założeń co do biegu, co będzie to będzie, a ja lecę na 3 godziny. No może nie do końca z tymi założeniami, od 5 – tego kilometra planowałem jeść żele ( miałem ze sobą 3 zwykłe i trzy płynne Xenofity ) do tego na każdym punkcie przynajmniej łyk wody lub izo i ewentualnie kawałek banana plus dodatkowo pilnowanie na pierwszych kilometrach tętna, aby nie przekraczało 160 uderzeń co udawało mi się 10 kilometra.

„Sen o Warszawie”

Strzał i jazda.

Początek od razu szybko bez zbędnej kalkulacji jak w Londynie, wiedziałem że na NS nie mam żadnych szans bo zmęczenie z B7D musi gdzieś wyjść także spodziewałem się tego pod koniec dystansu. Tym razem unikałem zbędnych gadek, poza pozdrawianiem  znajomych, oglądania się na boki – w mojej opinii tegoroczna trasa sprzyjała biegowi z punktu do punktu. Co od początku rzuciło mi się w oczy to zdecydowanie większy doping wzdłuż trasy maratońskiej niż w latach poprzednich – brawo i ogromne podziękowania dla tych, których chciało się wyjść z domu.

Pierwsze 5 km po 4:14 żel woda i dołączam do grupy lecącej z zającem na 3 h.

Kolejna piątka w podobnym tempie, jednak od razu dało się odczuć, że prowadzący trochę szarpie. Miał on jednak bardzo trudne zadanie, ponieważ nie dość, że prowadził grupę na 3 h to jeszcze był jedynym pace makerem na ten czas.

W końcu 10 km w okolicach 42 minut i myślę sobie, że zobaczymy jak będzie w połowie trasy bo chyba mam w końcu szansę na złamanie tych 3 godzin – w Londynie też miałem, ale się zes… Znowu mijamy Stadion Narodowy, w tym miejscu nie wiem dlaczego spodobał mi się komunikat z głośników „sztafeta na prawo, maraton na lewo, sztafeta…” tembr głosu, monotonia, diabli wiedzą 🙂

37 MW na trasie

37 Maraton Warszawski na trasie

Skręt w lewo na most Świętokrzyski, potem uliczki Powiśla, zostawiam grupę z balonikiem  i Czerniakowska, gdzie zaczynam czuć wiatr z przeciwka. W końcu półmetek, gdzie wg zegarka jestem po około godzinie i 28 minutach. Czas niby ok, ale nie podpalam się za bardzo bo wiem, że jeszcze może być różnie, a tak naprawdę to dopiero początek. W tunelu odrobina wytchnienia od wiatru, cały czas trzymam się też założeń co do jedzenia i picia. Na Wisłostradzie stawka się rozciągnęła i nie ma za kim się schować. Postanawiam trochę przyspieszyć i przytulić się do grupki przede mną, aby mieć trochę wytchnienia od wiatru. Ten kawałek to bezmyślny bieg przed siebie, przerywany jedynie zmianami na prowadzeniu. Analizując swoje międzyczasy po biegu byłem bardzo zdziwiony faktem, jak równo pokonywałem każdy kilometr.

37 MW międzyczasy

37 Maraton Warszawski międzyczasy

Coraz bliżej 30 kilometra, coraz mniej biegaczy obok, nawrót wokół Kępy Potockiej i mniej więcej w okolicach bramy na 32 kilometrze widać tłumy biegnące z przeciwka. Słyszę doping kilku znajomych i jak zwykle najgłośniej Mateusz – dzięki !!! Po jakimś czasie skręcam w ulicę Sanguszki i „wspinam się” w stronę stadionu Polonii. W normalnej sytuacji podbieg ten nie jest żadnym wyzwaniem jednak tutaj na 35 kilometrze daje mi ostro w kość. Tempo spada do 4:30, a ja marzę, aby to się skończyło, a na ustach mam tylko słowo na 10 literę alfabetu… Tak jak się spodziewałem, zostało mi zaledwie 7 kilometrów do mety, a ja w tym momencie poczułem jak bardzo bolą mnie nogi: stopy, łydki, uda paliły żywym ogniem. Od mostu Gdańskiego tempo zauważalnie mi siadło ( zwolniłem jakieś 10 sekund na kilometr ), tętno wystrzeliło do 170 uderzeń i zrobiło się niekomfortowo – co za eufemizm…

Z tego kawałka między 35, a 40 kilometrem naprawdę niewiele pamiętam, jakieś przebłyski z ludźmi na balkonach, szyny tramwajowe i walka z ostatnim opakowaniem żelu o wadze o zgrozo 60 gram. Minąwszy most, na jednym z ostatnich punktów zjadłem przedostatni żel z lewej strony pasa, spowodowało to zaburzenie wagi na pasie i pamiętam, że ten który miałem po prawej zaczął mi niesamowicie ciążyć i przeszkadzać w biegu. W tej chwili nie chce mi się wierzyć, jak taka drobnostka mogła spowodować, że o niczym innym nie myślałem tylko o tym cholernym żelu. W końcu trafił mi się jakiś przebłysk inteligencji i po prostu go wywaliłem.

Jak pisałem wyżej ten maratoński palimpsest minął mi w okolicy 40 kilometra, gdzie na zegarku miałem 2 h 50 minut i wiedziałem, że musi stać się jakieś nieszczęście, abym nie dotarł na metę przed 3 godzinami. Ostatnie 2 kilometry to wspomnienie jak dużo osób mnie wyprzedziło, ominąłem też tradycyjnie ostatni punkt z piciem na trasie, umysł zastanawiał się też dlaczego 1 km przed metą Stadion jest tak daleko i niech mnie te cholerne nogi doniosą do niego. Przed samym wbiegnięciem na płytę zobaczyłem biegacza, którego powaliły na ziemię skurcze łydek, ale natychmiast znalazł się ktoś koło niego, bo nie wiem czy byłbym w stanie się zatrzymać. 

37 MW

37 Maraton Warszawski

W końcu widzę metę, zwalniam wymachując do tłumów, ale na zegarze 2:59… o nie na celebrację będzie czas później, ja muszę mieć brutto i netto dwójkę z przodu.

JEEEEEEEEEEEESTTTTTTTTTTT !!!!

2:59:18 netto i 2:59:45 brutto

37 MW meta

37 Maraton Warszawski meta

Do tego miejsce 133 open i 29 w kategorii M40 na 6506 osób, które ukończyły maraton.

Również drużynowo jako Pędziwiatr Białystok udało nam się zająć 5 miejsce, dodatkowo zapisałem się do klasyfikacji blogerów i tam wywalczyłem miejsce tuż za podium czyli 4.

37 MW meta

37 Maraton Warszawski meta

Osiągnąłem również połowę pobocznych celów, czyli kwalifikuję się już do startu w maratonie bostońskim na podstawie wyniku bez losowania, do Nowego Jorku zabrało mi minuty i 18 sekund.

Napędzony adrenaliną stwierdziłem, że łamanie trójki to nic wielkiego i już w poniedziałek planowałem rozbieganie z Igą w wózku, niedzielne popołudnie spędziliśmy natomiast spacerując po warszawskiej Starówce…

Stare Miasto

Stare Miasto

Niestety już w samochodzie, a zwłaszcza w poniedziałek kiedy endorfiny się skończyły poczułem, że jednak ostatnie dwa tygodnie były ciężkie i wypada rozstać się z bieganiem przynajmniej na kilka dni – poniżej pasa bolało mnie dosłownie wszystko, a na napuchnięte stopy nie byłem w stanie nałożyć połowy swoich butów.

A teraz najważniejsze.

Z mojego powyższego wpisu może wynikać, że połamanie 3 h w maratonie to pikuś i uda się nawet 2 tygodnie po przebiegnięciu 100 kilometrów, jak ktoś ma talent oraz pomyślnie ułożą się wszystkie okoliczności to oczywiście, że tak – w moim przypadku jednak absolutnie nie.

37 MW

37 Maraton Warszawski

Po raz pierwszy o tej granicy zacząłem myśleć zimą na przełomie 13/14 roku, po kilku latach ubijania biegowych ścieżek kiedy moje czasy w maratonie oscylowały wokół 3 h 15 minut do tego regularnie. Realnie postanowiłem się do tego przygotować na jesień 2014, jednak kiedy na początku roku okazało się, że pojawi się Iga ( plan na wspólnie bieganie już był, ale nie wiedziałem przecież co przyniesie życie ) to rzuciłem się na wszelkie możliwe zawody, kiedy jesień zakończyłem wynikiem 3:06 do tego autentycznie byłem fizycznie zmęczony startami ( 5 maratonów, 2 biegi górskie nie wspominając o połówkach i dyszkach, których liczby nawet nie pamiętam ).

Kolejna rzecz wyznaczona ambicją lub jak ktoś może pomyśleć głupotą to postanowienie, że 3 godziny złamię BEZ jakiejkolwiek pomocy trenerskiej, sam sobie będę sterem, żeglarzem i okrętem. Wykształcenia ku temu nie mam, przeszłości sportowej również, nigdy nie korzystałem z porady jakiegokolwiek trenera – no i masz udało się 🙂

37 MW z transmisji online

37 Maraton Warszawski z transmisji online

Dopiero teraz nie wykluczam, że apetyt mi wzrósł w miarę jedzenia i współpraca z trenerem mogłaby stanowić dodatkowy bodziec treningowy do poprawienia wyników.

Kiedyś w planach miałem maraton na 40 urodziny, potem z upływającym czasem postanowiłem złamać 3 godziny na 40 urodziny. W moim pojęciu również wiek pomógł mi się zmotywować do treningów lepiej niż rozpiska trenerska…

37 MW

37 Maraton Warszawski

Mimo wszystko zawsze czułem, że czegoś mi w moich treningach brakuje, do tego ciągle lekceważyłem ( jak większość z nas ) część ciała powyżej pasa. Pamiętam jak kończyłem biegi z bólem karku, szyi, pleców etc. To właśnie dopiero bieganie z wózkiem pozwoliło mi wzmocnić korpus oraz ręce do tego stopnia, że stanowią one na chwilę obecną właściwe uzupełnienie dla nóg – pamiętam początki z ubiegłego roku, kiedy z wybiegań z Igą wracałem powykręcany jak świński ogonek. Dodatkowo obciążenie wywierane przez joggera powoduje, że każdy trening zawiera w sobie siłę biegową. Łatwiej też mi jest dzięki temu biegać treningi na zmęczeniu dwa dni pod rząd do 2,5 godziny zamiast wybiegań po 50 km, które mi nic nie dają poza nudą i narastającym zmęczeniem wymagającym długiej regeneracji. Potrzeba „spaceru Igi” wymusiła na mnie również regularność w treningach, a praca wymagająca często obecności dzień w dzień po 12 h „w fabryce” pozwoliła na właściwą regenerację. Czuję również, że im więcej kilometrów pokonuję tym szybciej moje ciało wraca do stanu używalności, co pozwoliło mi pobiec B7D poniżej 13 godzin i po dwóch tygodniach dosyć szybki ( jak na mnie ) maraton.

Głowa, głowa i jeszcze raz głowa.

W Londynie mi zależało, a w Warszawie zwisało ( no może nie aż tak, biorąc pod uwagę gadanie biegowych znajomych o tych 3 h – dla mnie od pamiętnej sraczki był to temat zamknięty ), a Maraton Karkonoski nauczył mnie, że mimo bólu całego ciała to mózg decyduje o tym czy da się biec czy nie i jak ważna jest psychika nawet w przypadku zwykłego hobby.

Poza takie kwestie jak waga startowa kiedy to po raz pierwszy udało mi się stanąć na starcie maratonu ważąc 69 kilogramów ( do tej pory było to ok. 70-71 ), po wysiłku związanym ze 100 kilometrami ważyłem 66 kg i przez te dwa tygodnie musiałem odżywiać się w sposób pozwalający na regenerację, jednak dosyć szybko dodający dodatkowe kilogramy. Chcę zaznaczyć, że spadek wagi nie był spowodowany odchudzaniem czy też ograniczaniem jedzenia, ale świadomym zbilansowaniem diety jeszcze na początku lata. Moja dieta jest ściśle związana z pokonywanymi kilometrami z obciążeniem w postaci Igi z wózkiem i bez tego warunku błyskawicznie bym przytył.

Podsumowując.

Narodziny malucha to nie tylko radość i dodatkowe obowiązki: „Asiu, na stare lata zechciało nam się w g… grzebać”, ale również ogromny zastrzyk energii w każdej dziedzinie życia i wydarzenie to nie tylko nie przeszkadza w realizacji swoich pasji, ale dodatkowo pomaga osiągać wyznaczone cele.

Dziękuję Iga, że chcesz ze mną biegać to też Twój sukces 🙂

Medal dla Igi

Medal dla Igi

Zdjęcia pochodzą od:

Marzena i Janusz Zahorowscy

fotomaraton.pl

Mariusz Cieszewski