35 Maraton w Londynie 2015 – w drodze na start ! Część pierwsza.

Mój drugi maraton z listy Marathon Majors i jeden z najtrudniejszych ( obok Nowego Jorku ) do zdobycia prawa startu tamże. Oczywiście relacja pojawia się dosyć późno, ale wyłącznie z tego powodu, aby zminimalizować ilość emocji 😉

Jestem osobą, która nigdy w życiu nic nie wylosowała, wygrała bądź znalazła. Zero/nul/bryndza/pech jak zwą tak zwą – taka karma i już. Także wiosną 2014 zapisałem się do loterii miejsca w maratonie londyńskim tylko i wyłącznie z tego powodu, aby udowodnić sobie po raz kolejny, że taki mój los. Wiedziałem zresztą, że miejsc dla osób nie będących rezydentami Wielkiej Brytanii jest naprawdę niewiele. Ku mojemu zaskoczeniu na początku października dostałem informację, że coś w końcu raz na 40 lat udało mi się wylosować. Bardziej zaskoczeni byli też moi znajomi również biorący udział w loterii, którzy wiedzą, że nawet jeśli każdy los wygrywa to mój akurat ginie, a tutaj taka niespodzianka.

Oczywiście najbardziej z tego faktu była „zadowolona” moja małżonka, zwłaszcza biorąc pod uwagę perspektywę zapewnienia weekendowych atrakcji naszym córkom.

Zima wypełniona bieganiem, głównie z wózkiem minęła dosyć szybko, a ja w ciszy liczyłem że w końcu rozprawię się z 3 h – bo jak nie w Londynie to gdzie ? Potwierdzeniem mojej formy miała być połówka w Warszawie, ale z zapaleniem zatok ciężko jest powiedzieć „sprawdzam”.

W międzyczasie kupiłem bilety lotnicze i znalazłem nocleg. Oczywiście organizatorzy zapewniają korzystną ofertę hotelową, tyle że jedna osoba płaci tyle samo co dwie – w związku z tym że jechałem sam musiałem poszukać czegoś innego. Londyn jeśli chodzi o hotele, delikatnie mówiąc tani nie jest ( no mniej niż w Polsce to jeszcze nigdzie nie płaciłem za cokolwiek ), więc zdecydowałem się na pokój z airbnb. Przypadkiem okazało się, że będę mieszkał w pobliżu stacji Ladbroke Grove i tym sposobem historia zatoczyła koła, bowiem 20 lat temu ucząc się w Anglii, właśnie z tej stacji korzystałem w czasie sobotnich wypadów na Portobello Road Market.

Portobello Road

Portobello Road

Sam Londyn przez blisko dwie dekady zmienił się niesamowicie… co miało się dopiero okazać.

W końcu „nadejszła wiekopomna chwila” i w piątkowe popołudnie, cudem spakowany w 30 litrowy plecak znalazłem się na lotnisku Luton. Tam w automacie odebrałem bilety kolejowe i po 50 minutowej jeździe pociągiem dotarłem do Londynu, jeszcze kilka minut metrem i znajomymi zaułkami dotarłem na miejsce. W przypadku jakiejkolwiek rezerwacji noclegu polecam pytanie o możliwość późniejszego opuszczenia go ( jeśli oczywiście wyjeżdżamy już w dniu maratonu ). W planach miałem rejestrację jeszcze tego samego dnia, jednak z powodu prośby gospodarza o wcześniejsze przybycie przełożyłem to na sobotę. Oczywiście nie mogłem sobie darować wieczornego spaceru po mieście, powałęsałem się od Piccadilly poprzez China Town ( przyznam się, że nie omieszkałem tutaj trochę pojeść, w piątki dwa dni przed biegiem nigdy nie trzymam jeszcze diety, ale nie było to coś coby nadmiernie obciążało żołądek – rosołek, ryż, makaron, trochę mięsa i ryb,  nic pikantnego  ) do Trafalgar Square – gdzie trwały przygotowania do festynu z okazji dnia Św. Jerzego i powrót.

Kolumna Nelsona

Kolumna Nelsona

Trafalgar Square

Trafalgar Square

W sobotę wczesna pobudka, na śniadanie świeże owoce z jogurtem ( te owoce to było trochę bezmyślnie ) plus ciacha z kawą i ruszyłem w prawie godzinną podróż do centrum wystawienniczego Excell w londyńskich dokach – miejsca odbioru pakietów i przed maratońskiego expo.

Expo

Expo

Najpierw rejestracja i odebranie numeru startowego wraz z materiałami informacyjnymi ( 17 stronicowa broszura z dokładnymi wskazówka łącznie z godzinami odjazdów pociągów dowożących biegaczy na start ) – bez kolejek i bardzo sprawnie. W Berlinie straciłem na to mnóstwo czasu, tutaj było zdecydowanie więcej osób obsługujących rejestrację. Następnie z numerem udałem się do kolejnych kilkunastu stolików, gdzie na jego podstawie otrzymałem bezzwrotny chip ( sam w sobie jest kapitalną pamiątką ), który został przyporządkowany dla mojego numeru dopiero w tym momencie . Tutaj okazało się, że jestem obywatelem… Filipin.

Chip

Chip

Powrót do kolejnego „okienka” i prośba i zmianę narodowości. Mała dygresja, nie wiem czy był to mój błąd w momencie rejestracji, czy też błąd systemu, ale jeśli to pierwsze to na 99% właśnie temu zawdzięczam chyba „szczęście” w losowaniu. Nawiasem mówiąc powrót do właściwej narodowości udało mi się wykonać dopiero kilka dni po maratonie po jednym telefonie i kilku mailach.

Numer startowy

Numer startowy

Co do samego expo to było ono zdecydowanie mniejsze niż berlińskie. Najwięcej miejsca zajmował oczywiście Adidas – niestety moje rozmiary były już przebrane. Udało mi się jedynie złapać ostatnią koszulkę dla Igi.

Pamiątka po sobie

Pamiątka po sobie

Z drugiej strony dobrze, że rozmiary były przebrane bowiem za nadruk London Marathon płaciło się podwójną cenę ;-). Poza Adidasem i tym co wszędzie były stoiska kilku firm kompletnie nieobecnych na polskim rynku ( Hoka, Newton, Altra ) czy też tak odległych maratonów jak ten w Mexico City.

Altra

Altra

Newton

Newton

Hoka

Hoka

Oprócz tego sporo pamiątek związanych z samym maratonem – breloczki, kubeczki, smyczki etc. – tutaj też wydałem parę funciaków.

Hall of Fame

Hall of Fame

Wykłady – moją uwagę zwrócił ubiór plażowy Borata, a co najlepsze w niedzielę wyprzedziłem faceta pod 50 – tkę ubranego dokładnie w taki sam strój tyle, że w niebieskim kolorze.Wracając do wykładu to dotyczył on jak zwykle „ściany maratońskiej”.

Borat

Borat

Oczywiście scena, na której „ktoś coś tańczył”, sporo budek z cateringiem – zapach nie zachęcał i przy wyjściu pakiet startowy z gadżetami: małą oliwą, batonikami i oczywiście sporą ilością ulotek. Koszulki nie było żadnej, można ją było nabyć na drodze kupna lub ( o tym jednak później ).

Expo

Expo

Pakiet

Pakiet

Wszędzie dostępne były mapy trasy, dokładne informacje specjalnie dla kibiców, łącznie z sugestią jak dojechać na trasę, gdzie stanąć, gdzie warto kibicować itp. – coś co należałoby przeszczepić na nasz grunt. Oczywiście nie mogło też zabraknąć centralnie umieszczonej planszy z prognozą pogody na dzień maratonu.

Pogoda

Pogoda

Jeszcze na miejscu w kawiarni wrzuciłem w siebie kawę oraz ciacho i ruszyłem w miasto zrealizować kolejny punkt na ten dzień, czyli Imperial War Museum, które chodziło za mną od ponad dwu dekad.

Zanim tam dotarłem jeszcze przejażdżka nad Tamizą kolejką linową Emirates – widoki o wiele lepsze niż w Barcelonie ( z Montjuic do portu ), a i cena kilka razy niższa ;-).

Millenium Dome

Millenium Dome

Potem metro i na kilka godzin zanurzyłem się w swoją kolejną pasję czyli historię. Nie jest to miejsce i czas na opis, ale wizytę w tym muzeum polecam każdemu, zwłaszcza w części o Holocauście.

Imperial War Museum

Imperial War Museum

Dzień był jeszcze młody, więc znów połaziłem po centrum, zrobiłem sobie uliczne pasta party na schodkach z widokiem na Jamie’s Italian, dostałem oczopląsu na widok jedzenia w hipermarkecie ze zdrową żywnością, kolejna kawa, kolejne ciastka i jeszcze jedno ciastko na Portobello Road Market, aż w końcu zdeptany wczesnym wieczorem wróciłem odpocząć.

London Eye

London Eye

Waterloo

Waterloo

Opactwo Westmisterskie

Opactwo Westmisterskie

The Mall - meta

The Mall – meta

Prysznic, przygotowanie ubrań, pakowanie plecaka i spać, wieczór natomiast przyniósł już zdecydowane zimno i deszcz ( w nocy było około 2 stopni ). Nie darowałbym sobie, gdybym zapomniał napisać o restauracji pod nazwą „Bubba Gump Shrimp Co”.

Bubba Gump Shrimp Co.

Bubba Gump Shrimp Co.

Start miał być o godzinie 10.10 w związku z tym pobudkę zaplanowałem na 6 rano. Na śniadanie jak zwykle bagietka z dżemem, herbata i dużo kawy. Potem to co trzeba i w okolicach 8 ruszyłem na stację metra, którym po kilku minutach dojechałem na dworzec Charing Cross, skąd co kilka minut wyruszały specjalne pociągi dowożące biegaczy na start. Pociągi wyruszały z kilku miejsc w Londynie zapewniając transport uczestnikom do trzech różnych miejsc startu. Mi udało się być w strefie niebieskiej, skąd ruszała elita mężczyzn, a jeszcze wcześniej kobiet w tym Iwona Lewandowska. Ranek był potwornie zimny, wiało, padało, a niebo zasnute ciemne chmury, które dosłownie wisiały na dachach City. Po prawie godzinnej jeździe dotarliśmy do przystanku w okolicy strefy startowej, dokąd udałem się niesiony morzem ludzi.

W drodze na start

W drodze na start

Tam oczywiście tysiące biegaczy, tiry oznaczone numerami na depozyty, dziesiątki toitoi oraz specjalne „strefy sikania” dla mężczyzn czyli setki przenośnych pisuarów. Stanąłem na oko w półkilometrowej kolejce, ale dosłownie po kilku minutach już było po sprawie – genialne i nikt nie szukał ustronnego kąta.

Na start

Na start

W końcu dało mi się spotkać Polaków, w tym Zygę znajomego z maratonów polskich i koleżankę ze stolicy, z którymi czas oczekiwania na start minął błyskawicznie.

Będzie dobrze

Będzie dobrze

W międzyczasie ruszyła elita kobiet, a ja postanowiłem udać się do swojej strefy startowej.

Elita kobiet

Elita kobiet

Na sobie miałem singlet, na to jakąś starą bluzę i folię, więc natychmiast po oddaniu depozytu przystąpiłem do rozgrzewki, a około 10 wmieszałem się już w tłum biegaczy – było cholernie zimno, a tłum jednak zapewnia odrobinę ciepła oraz osłonę od wiatru.

Co do nastawienia, to nie podniecałem się tym startem tak jak chociażby Warszawą we wrześniu ub r, głowę miałem czystą ( mimo, sms-ów od żony z dokładnym opisem jak ciężko przeziębiona jest Iga ) po prostu chciałem zacząć spokojnie, aby nie spalić się na starcie, a w miarę upływających kilometrów przyspieszać do 3 h. Tak dobrego nastawienia bez spinki,  ale i hurra optymizmu nie miałem już dawno.

Sam początek w przeciwieństwie do wielu maratonów był zwyczajny, ot po prostu krótkie odliczanie, syrena i do przodu. Żadnych „Rydwanów Ognia”, „Snu o Warszawie” czy też „Siriusa” Alan Parson Project jak w Berlinie – tego startu nie zapomnę chyba do końca życia.

W Londynie powalać ma maraton oraz to co dzieje się na trasie i już !!!

Tutaj możecie zobaczyć jak wyglądał start jak i cały maraton.

W końcu po kilkudziesięciu sekundach i ja minąłem linię startu, ale o tym co działo się później napiszę już w drugiej części