11 Półmaraton Warszawski ot tak na pałę… tour the toi toi po raz kolejny tym razem z PB.

Zrobiłem wszystko, aby ten półmaraton mi się nie udał, mimo to okazał się on nie tylko jednym z najlepszych, ale i najszybszych startów odkąd zacząłem biegać.

Na udział w tegorocznym Półmaratonie Warszawskim zdecydowałem się kilka dni wcześniej i to na fali zaskoczenia, że FMW w końcu dojrzała do tego, aby oficjalnie dopuścić do startu rodziców ze swoimi pociechami w wózkach.

Brawo !!!

Ja jednak nie miałem zamiaru trzymać Igi tyle godzin w samochodzie dla biegania przez niecałe 90 minut, więc miał być to szybki wyjazd li tylko w celu sprawdzenia swojej formy przed czekającym mnie pod koniec kwietnia maratonem Orlen, który mam zamiar pobiec razem z moją córką.

Będzie to nie tylko jej debiut w maratonie, ale przede wszystkim biegniemy, aby pomóc pewnemu czternastolatkowi w zbiórce środków na operację serca.

https://www.siepomaga.pl/r/sercejakuba

Plan, a właściwie jego brak wyglądał mniej więcej tak:

  • lecę prosto z treningu, bez odpoczynku i regeneracji,
  • na luzie, czyli nie zamierzam się ścigać, ani walczyć o PB,
  • ot taki szybki trening i sprawdzenie jak długo jestem w stanie utrzymać tempo ok. 3:50.

Tydzień przed wyglądał następująco.

Poniedziałek Wielkanocny to 25 km z Igą, wtorek luźna dycha z Igą w deszczu i sprawdzenie nowego zegarka, środa 12 h w pracy, więc nie było czasu na nic więcej. Na czwartek zaplanowane miałem 400 – metrówki na stadionie, ale w ostatniej chwili zmieniłem plany i zrobiłem sobie 10 km szybkiego crossu po lesie w średnim tempie ok. 4:10. Piątek kolejna dycha z Igą w wózku do tego porządny stretching.

Sobota jak to sobota, kolejny dzień w pracy, potem spacer z dziećmi, obowiązki domowe, zrobienie obiadu – pizza plus masa zieleniny ( przecież lecę na luzie ), tak więc budzik na 5 rano nastawiłem dopiero ok. 22.00…

Podróż do W-wy za kierownicą w miłym towarzystwie biegowych znajomych i jestem na starcie, gdzie ustawiam się w niesamowicie zatłoczonej czerwonej strefie.

Kilka minut przed startem nad głowami pojawia się wózek z dzieckiem w środku – naprawdę idiotyczny sposób dotarcie do strefy, zwłaszcza biorąc pod uwagę że miejsce dla joggerów było na końcu – o konsekwencjach ewentualnego upadku nie tylko dla dziecka, lepiej nie myśleć na szczęście dobrze się skończyła.

Z drugiej strony nie wiem jak delikwent zmieścił się gdziekolwiek…

11 PMW start

11 PMW start

W końcu wystartowałem i trzymam tempo testowe tj. 3:40 – 3:50 zastanawiając się jak długo starczy mi sił.

Pierwsza piątka poniżej 19 minut, dycha 37:20, biegnie mi się dobrze mimo, że już od 6 km dało się odczuć silny wiatr. Najpierw boczny, potem już ten najbardziej znienawidzony przeze mnie – prosto w twarz.

Piętnasty kilometr osiągam w 56 minut i mimo, że tempo zaczyna trochę boleć to nie mam jakichkolwiek problemów z jego utrzymaniem i wydaje mi się, że przypadkiem nabiegam chyba nową życiówkę.

11 PMW międzyczasy

11 PMW międzyczasy

Tymczasem w okolicach 17 km pojawiło się uczucie znane chociażby z Londynu i mimo, że widzę na horyzoncie toitoi to jednak wygrywa najbliższa brama – przepraszam, ale sobotnia ilość rukoli była zbyt duża…

Tracę na wszystko co najmniej pół minuty, do tego ucieka mi sporo osób, które minąłem wcześniej, ale nie miało to nic wspólnego z dramatyzmem rok wcześniej – ot nażarłem się i już, mea culpa 🙂

Nawiasem mówiąc w pakiecie dostępny była setny numer „Bieganie”, gdzie jeden z artykułów zajmuje się właśnie powyższym problemem.

Psipadek ???? 😀

W końcu osławiona Belwederska – dało się wytrzymać i długi finisz do mety.

Na mecie netto 1:19:57 i brutto 1:20:14 oraz miejsce w generalce 125, w kategorii wiekowej M40 – 16.

Zrobiłem generalnie wszystko, aby ten start mi nie wyszedł – życie + brak odpoczynku + niewłaściwa diet i nagle okazuje się, że poprawiam życiówkę o 5 minut do tego w realiach czasowych, w których dziubie się co minutę. Dodać trzeba też zaliczoną po drodze toaletę i dosyć ciężkie warunki – silny wiatr w twarz.

Wynik to nawet dla mnie spora niespodzianka, a gdzieś daleko w głowie pojawiła się myśl, że mogło być jeszcze lepiej, którą rozwiałem w kilku minut w imię zasady, że zaczynam się cieszyć tym co uda mi się nabiegać…

Podsumowując:

Trasa – jak dla mnie kolejny rok, kiedy coś się zmieniło i nie biegamy po tych samych miejscach. Super.

Start i meta – Plac Teatralny okazał się lepiej „przystosowany” do tego, ja wprawdzie finiszowałem bez tłoku, ale osoby które robiły to po 2 godzinach musiały jeszcze swoje odstać.

Biegacze – to samo jak na każdej imprezie, dla wielu wciąż start z właściwej strefy startowej to abstrakcja nie przystająca gatunkowi ludzkiemu.

Pakiety – w tej kwestii jestem minimalistą, więc moja ocena może być subiektywna 😉

Dopuszczenie dzieci w wózkach – świetnie, że coś ruszyło w tej kwestii, ale:

1. Idiotę, o którym wspominałem wcześniej pomijam.

2. Najbezpieczniejszy jest start z wózkami nie z ostatniej strefy, ale strefy -1 czyli przed wszystkimi.

O wiele łatwiej jest wyprzedzić osobę z wózkiem – dodatkowe kilka cm po obu stronach pojazdu, niż osobie pchającej wózek wyprzedzać:

– slalomistów,

– słuchaczy,

– gawędziarzy,

– staję nagle bo…

– oraz gęsty tłum osób startujących w zawodach.

Ja wiem, że ciężko to pojąć, ale wiele zestawów biega szybko, a nawet szybciej 😉

Depozyty, prysznice i reszta – tak jak być powinno, standard na normalnym poziomie. Uważam, że właśnie w to miejsce należałoby siłą przeganiać osoby celebrujące specjalnie swój start w strefie mety zamiast opuścić ją jak najszybciej.

Z drugiej strony w Londynie najczęściej powtarzaną informacją w strefie mety był nakaz jej opuszczenia, aby zrobić miejsce następnym osobom kończącym maraton.

A już za dwa tygodnie pierwsze wyzwanie tej wiosny czyli Orlen Warsaw Marathon z Igą 🙂