Maraton z wózkiem, czyli debiut Igi na królewskim dystansie.

Minęło już trochę czasu, emocje opadły, więc na spokojnie i bez zbędnego koloryzowania mogę opowiedzieć jak biegło nam się razem Orlen Warsaw Marathon.

Do tego nie biegliśmy dla siebie.

Kuba i my

Kuba i my

Podmiotem był i jest Kuba oraz zbiórka środków na operację jego serca, która ma odbyć się pod koniec lipca br.

Mam nadzieję, że Was nie zanudzę…

Tydzień przed maratonem to ultra maraton w pracy czyli poniedziałek – piątek od rana do późnego wieczora

– normalka.

Jednak jak mawia moja Szanowna Małżonka zachowywałem się jak szczęśliwy narkoman, który wie, że w niedzielę czeka go niezła działka…

W Warszawie zjawiamy się wczesnym popołudniem w sobotę, dach nad głową znalazłem w okolicach Foksal i Nowego Światu, także nie ma problemu tak z dotarciem po pakiety jak i wcześnie rano na start.

Noc przespana tak sobie – nerwy ( dziecko, cel czyli zbiórka środków na operację Kuby ), lejący się nos, raz zimno raz gorąco, nie moja poduszka itd…

Rano pobudka o godzinie 6.00 i tradycyjnie bagietka z dżemem jagodowym plus herbata i garniec kawy. Tak mi jak i Idze udaje się załatwić dwójeczkę jeszcze przed wyjściem co biorąc pod uwagę moje perypetie oraz obawy było naprawdę budujące 😉

Kolejną sprawą jest odpowiedni ubiór – mała spędzi w wózku prawie 4 godziny, a pogoda tego dnia jednak w żaden sposób nie zachęcała do spacerów. Grubo i jeszcze raz grubo, tj. na wierzch kombinezon zimowy, ciepła czapka oraz rękawice, do tego gruby koc i dodatkowo jeszcze pokrowiec foliowy, który ma chronić przed ewentualnym deszczem, ale stanowi też świetną izolację od wiatru. Zabrałem również picie plus paluszki oraz batoniki na wypadek, gdyby była zwyczajnie głodna – raczej nie zakładałem, że będzie się nudzić.

Do wózka wpakowałem jeszcze wodę i żele dla siebie, oczywiście oraz zapasową dętkę, pompkę oraz klucze na wypadek, gdybym złapał gumę – minimum niezbędnych na trasie maratonu rzeczy.

Pieluch nie zabierałem, raz że ta sprawa była już załatwiona, dwa i tak było za zimno na ich ewentualną zmianę, trzy małżonka zapewniła mnie, że ten problem z pewnością nie wystąpi !!!

Nie ma co czekać, Iga w wózku do windy i następnie rozgrzewamy się drepcząc ponad 2 km na start. Mała spokojna, nawet tłum ludzi przed startem nie wzbudził jej niepokoju. Jedyne nieprzyjemne uczucie to…

ZIMNO, cholernie ZIMNO !!!!!!!!!!!

Przed wejściem do strefy rozbieram się, wykonuję kilka ostatnich ćwiczeń, sprawdzam czy małej jest wygodnie, banan i zajmujemy miejsce w grupie na 3 h.

Przed startem

Przed startem

No i się zaczęło:

ile ma lat ?,

chłopczyk/dziewczynka ?,

na ile biegniecie ?,

czy to pierwszy maraton ?,

wytrzyma ?.

Tyle przed startem to ja się jeszcze nie nagadałem.

Śpieszę też z wyjaśnieniem dlaczego ustawiliśmy się na początku.

Powód jest prozaiczny: bezpieczeństw.

Zdecydowanie łatwiej jest wyprzedzić nas – poruszamy się prosto, niż nam wyprzedzać kogokolwiek zwłaszcza w  tłumie na pierwszych kilometrach.

W końcu 8:45 i start – z tych emocji zegarek włączyłem dopiero na 3 km 😉

Jak było do przewidzenia początek to oczywiście slalom między mistrzami pierwszego kilometra, wciąż odpowiadanie na pytania – krótko i zwięźle, przecież nie będę zachowywał się jak gbur !!!

Także pierwsze 5 km szarpane, nierówne i dosyć wolne tj. 22.5 minuty, ale trzeba brać też pod uwagę podbieg Konwiktorską, który odpowiednio pociśnięty z wózkiem mógł już załatwić cały bieg.

Plac Krasińskich

Plac Krasińskich

Nierówności na Trakcie Królewskim wprawiły wózek w drgania, dzięki czemu Iga zmęczona początkowymi wrażeniami wpadła w objęcia Morfeusza, o czym nie omieszkała mnie poinformować na 7 km reszta rodziny. W okolicach Placu Trzech Krzyży jak okazało się był pierwszy przystanek – bezpieczniej jest układać dziecko do snu stojąc, a nie biegnąc.

Praktycznie od samego startu, aż do mety dzięki Idze niesiony byłem niesamowitym dopingiem:

„super dzidzia”, „dawaj dziecko”, „dawaj ojciec”, „brawo tatusiek” itp. – to jest najfajniejsza część udziału wspólnego udziału z nią w jakichkolwiek zawodach 🙂

W końcu wpadłem, jak to nazywam, we FLOW:

10 km po 43 minutach.

Okolice 11 km, zdjęcie Jarosław Nois Cibora

Okolice 11 km, zdjęcie Jarosław Nois Cibora

15 km – 1:03 czyli już „dogoniłem” międzyczas na złamanie 3 godzin.

Doszedłem też grupę biegnącą na 3 godziny, której flaga majaczyła mi na horyzoncie od samego startu. Biegło mi się tak dobrze, do tego z górki że zostawiłem ich za sobą ( niewiele ) bowiem miałem w planach na wypadek kryzysu podczepienie się pod ich tempo.

Jakoś w okolicach 17/18 – tego kilometra niespodzianka, z wózka dociera do mnie znajomy głos. Moja młodsza córka obudziła się i głośno domagała przywrócenia do pionu. Zatrzymuję się, podnoszę siedzisko, pytam czy coś chce, odpowiedź: „ne”, poprawiam kocyk i ruszam ponownie.

W końcu 20 km, a następnie połówka zgodnie z planem 1:29 czyli wciąż lecimy na czas poniżej 3 h. W tym okolicach słyszę też „dawaj Przemo” od Kaśki – uczestniczki Ultra Śledzia, tym razem to ona była sędzią na trasie.

Iga na półmetku

Iga na półmetku

Między Kabatami, a Wilanowem dosyć ostry i zakręcony zbieg, gdzie musiałem uważać na swój pojazd, następnie próbuję dokarmić lub napoić Igę, ale słyszę jedynie krótkie: „onci, onci, onci”.

Oznacza to, że rękawiczki zsunęły jej się o pół centymetra co wymaga kolejnego pit-stopu i interwencji ojca, na szczęście udaje mi się też namówić ją na picie.

Ja oczywiście zasuwam żele już od pierwszych kilometrów, korzystam też w miarę możliwości z każdego punktu dostępnego na trasie – naprawdę było ich aż gęsto, na łyk jak nie wody to izo, a nawet kawałek banana. Biegnąc z wózkiem warto jednak pamiętać, że najbezpieczniej jest na punktach w momencie, kiedy wokół siebie ma się jak najmniejszą liczbę biegnących, a więc najlepiej być pierwszym lub ostatnim 🙂

Biegniemy dalej, a w międzyczasie kolejnym problemem po nawrocie w stronę centrum stolicy stało się:

„sieci, sieci !!!!!”

To nie pająk, to słońce dawało jej po oczach, kolejny przystanek i sprawa załatwiona. Tymczasem dla mnie zaczął się koszmar. Pewnie większość biegnących pamięta ten cholerny wiatr prosto w twarz. W naszym przypadku działał on jak hamulec i to naprawdę skuteczny hamulec – wózek zachował się jak żagiel, tylko ten żagiel najchętniej napierałby w drugą stronę, do tego odczucie zimna wzrosło jeszcze bardziej.

No i kolejny przystanek tym razem „wieci, wieci” czyli wieje 😉

Uff, dziecko zabezpieczone, no to ponownie się rozpędzam. Oczywiście w tym momencie naszły mnie myśli, żeby dać sobie spokój z prognozowanym czasem, ale stwierdziłem że zaryzykuję i cisnąłem dalej.

25 km – poniżej 1:46 czyli wciąż jestem w czasie. Jednak im dalej tym bardziej trzymanie tempa w okolicach 4:15 staje się koszmarem i im bliżej 30 km to coraz bardziej czuję, że opadam z sił – dam radę oczywiście biec, ale wózek i walka z wiatrem powoli zaczynają mnie osłabiać.

30 km i czas 2:09, w tym momencie wiem już, że tempa na 3 godziny nie dam rady utrzymać – fizycznie byłem już wykończony.

Na szczęście głowa funkcjonowała dobrze. Poza tym nie mogłem sobie odpuścić z dwóch powodów – cel biegu czyli Kuba oraz Iga – ona siedzi w wózku od 8 rano, również znosi ze mną trudy maratonu i muszę jak najszybciej dobiec do mety z uwagi właśnie na nią.

Materiały prasowe Orlen

Materiały prasowe Orlen

Moja córcia w międzyczasie znów przypomina o swojej obecności tym razem cichutko zdejmując rękawice i wyswobadzając się z kocyka – dobra zatrzymuję się po raz kolejny i z powrotem zawijam ją w kokon. Ruszam ponownie i toczymy się do coraz bliższej mety. 

Po drodze doping od znajomych i nieznajomych osób na trasie. Pochłaniam żele, popijam i naprawdę zaczynam marzyć o mecie. Tempo już nierówne, raz 4:30, potem prawie 5:00, znów przyspieszam i ponownie zwalniam. 

Na 39 km Iga oznajmia, że chce pić. Była to dobra wiadomość, jednak oznaczała dla mnie już nie wiem który przystanek – było ich co najmniej 10. Daję małej butelkę i mimo, że współpracę z piciem w biegu mamy opanowana do perfekcji to w tym wypadku czekam, aż w spokoju zaspokoi pragnienie. Córcia oddaje butelkę i ruszam po raz kolejny.

Jeden z wielu przystanków na maratońskiej trasie

Jeden z wielu przystanków na maratońskiej trasie

Po kilkuset metrach na moście Świętokrzyskim czuję, że coś jest nie tak – czarno przed oczami, kłucie w piersi i robi mi się słabo: „k… stary nie zemdlej bo kto się dzieckiem zaopiekuje”. Nie była to typowa ściana, zrobiło się zwyczajnie potwornie słabo. Zwalniam, woda, żel, woda i już tylko 2 km do mety.

 

40 km

40 km

Gdzieś w tym momencie wyprzedza mnie biegacz z wózkiem, nie mam już ochoty i sił na ściganie, ale kilkaset metrów przed metą zrównujemy się. Zapytałem czy chce wbiec razem na metę, odpowiada, że wyjmie córkę z wózka i wejdzie z nią, no to mówię spoko nie będę Was wyprzedzał i zaczekam.

Iga również chyba wyczuła koniec swojej najdłuższej jak do tej pory przygody z wózkiem bo nie miała jakichkolwiek próśb i pomysłów na urozmaicenie finiszu.

W końcu stajemy przed linią mety i kłaniam się w pas kibicom –  doping, który dostajemy naprawdę sprawia, że te ponad 20 kg staje się lżejsze.

Dziękuję !!!!

Dziękuję !!!!

Pokazuję jeszcze napis na plecach: siepomaga.pl/r/serceJakuba i wpadamy na metę !!!

 

Meta

Meta

Medal dla mnie, medal dla Igi.

Czas 3 godziny i 8 minut, chyba zasłużyliśmy 😉

Medal dla Igi

Medal dla Igi

Krótka wymiana zdań ojcem 5 – letniej Natalii, której ojciec nie wyjął jednak z wózka bo tak była odrętwiała. 

Zawsze lubię celebrować każdy bieg na mecie, tym razem zwyczajnie spieprzałem stamtąd. Po pierwsze należało nakarmić Igę, a po drugie słaniałem się na nogach ze zmęczenia i było mi przeraźliwie zimno. Całą energię zużyłem na bieg i ogrzanie ciała.

Maratoński szkot

Maratoński szkot

Mimo, że czas 3 godziny 8 minut był daleki od zamierzonego to wiedziałem, że każda sekunda była wyszarpana i jak ogromny wysiłek w to włożyłem.

Następnego dnia po maratonie obudziłem się z zapaleniem zatok, w które rozwinęło się moje przeziębienie, prawie tydzień nie byłem w stanie zaspokoić apetytu – jadłem, jadłem, jadłem i wciąż… byłem głodny.

Iga zniosła zawody rewelacyjnie, zmęczenie widać oczywiście było i po niej, a w zasadzie ten krótki sen – zasnęła w samochodzie dosłownie po 5 sekundach. Co najlepsze we środę wybrałem się z nią na krótkie roztruchtanie, a ta na widok wózka mało nie narobiła w pieluchę z radości 🙂

Było to najwolniejsze 10 km w moim życiu, podczas których marzyłem o tym, aby dotrzeć do domu…

We wrześniu ubiegłego roku biegłem 100 km w górach, po tygodniu pokonaliśmy z Igą 10 km w 38 minut, a po dwóch tygodniach złamałem 3 h w maratonie i te dwa tygodnie nie zdemolowały mnie tak jak te kilka godzin.

Teraz fizycznie czuję ten maraton w każdym mięśniu, mimo że upłynęły już dwa tygodnie, a ja wciąż nie mogę powrócić do równowagi, nie wspominając o jakichkolwiek zawodach. Naprawdę jestem wypompowany.

Zdaję sobie sprawę, że mógłbym zrobić to inaczej taktycznie i nie walczyć o te 3 godziny, ale tak już mam, że lecąc na luzie na czas w którym dobiegłem lub nawet 3 – 4 minuty krótszym nie miałbym tej satysfakcji, że zrobiłem wszystko, aby wykonać swój plan.

Wiem też, że przy sprzyjających okolicznościach jest to do osiągnięcia, nawiasem mówiąc myślałem, że Iga jest już za duża na maraton.

Myliłem się.

Ona jest jeszcze za mała, za mała w tym względzie, że nie jest jeszcze:

SAMOOBSŁUGOWA !!!!

Wytrzymałości i cierpliwości to może jej pozazdrościć niejeden dorosły 🙂

Dziękujemy też za każdą złotówkę wpłaconą na rzecz Jakuba, udało nam się nazbierać jak do tej pory ponad 1000 pln, jeżeli doceniacie nasz wysiłek i wysiłek Kuby w drodze do zdrowia to przekażcie chłopakowi chociaż symboliczną złotówkę.

https://www.siepomaga.pl/r/sercejakuba

Za co Wam Iga najserdeczniej dziękuje !!!